(nabalkonne? :) sikorki.
Prześliczne. Na razie więcej fruwania i wzajemnego straszenia się niż jedzenia, no ale.
Ostatni dzień stacjonarny (czy w życiu? :P), i to taki, że nie miałam, czasu się podrapać w nic :P. Do tego mam wrażenie, że gmail już nie wytrzymuje nauczania zdalnego (więc mamy takie same reakcje, tia.) W każdym razie zalogować się na pocztę nijak nie pozwala. Może dlatego, że wszyscy próbują meeta? :P
Doba ciągle za krótka. Tak ze trzykrotnie. Może dlatego, że się starzeję, w końcu dziś - jak wyliczyłam na kalkulatorze - kończę 48. I mi by nawet starczyło :P. Nie ogarniam tego wszystkiego, zmian, techniki, upływającego czasu, ludzkich potrzeb :P, najchętniej bym znikła :P. Nie mam siły mierzyć się z nauczaniem zdalnym, z poniedziałkowym wiezieniem mamy do lekarza, z przegrywaniem w porównaniu do brata, bo on to załatwił swojej rodzinie szczepienia na grypę...
Mama oświadczyła, że jutro na 7.00 rano biegnie do supermarketu. Ale po co? - pytam zdumiona, bo nie dalej jak wczoraj robiłam zakupy. Bo masło będzie taniej. Ale - zaoponowałam - ja mam prawie całe masło (jak będzie zdalne i nie robię do pracy kanapek, to masła nie używam, dość mam własnego tłuszczu), dam ci. Ale - stwierdziła mama - ja potrzebuję kupić masło na zapas. Jaki zapas? - zaczęłam wnikać z pewną podejrzliwością... No, mówi mama, tak na parę miesięcy....
Lol, znaczy się zaczyna.
A, jeszcze zdjęcie ku pamięci:
wieczorem
jestem totalny technodebil, żaden komunikator mi nie działa...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.