pierwsza rada semestralna miniona. Na czwartej lekcji już ledwie mówiłam, kaszel mało nie zadusił. Zobaczymy co dalej.
Mama generalnie bez większych zmian, czekamy, obserwujemy. Jutro-pojutrze katar powinien maleć, jeśli jest infekcyjny. W każdym razie, Bogu dzięki, gorzej nie jest.
Strasznie przeszkadza mi babskie dźwiganie na barkach całego świata i połowy kosmosu, odpowiedzialność za pandemię, szarańczę, śnieżycę, powódź i gradobicie... BTW, wiecie, o Szanowni, że znaleziono poważny argument do tezy, jakoby Jezus była kobietą? Bo nawet jak już umarł, to jeszcze wstał, bo trzeba było tyyyyyle rzeczy zrobić... zupełnie po babsku.
I nawet nie ma sprawy, ja mogę te sprawy i tych ludzi nosić, ja udźwignę jeszcze i parę razy tyle, i jeszcze mnie siekierą nie zarąbiesz. Najgorsze, że trzeba to wszystko nieść samemu. Że mnie nikt nie poniesie. A wielu dokopie. I znowu: kto to wszystko uniesie, jak nie głupia baba?
Na domiar rozkoszy spaliłam żarówkę w lampce, musiałam na chybcika przekręcać jedną z górnego żyrandola :P, żeby mi coś nad głową świeciło - dziś dokupiłam jakieś trzy nowe żarówki. I rozwaliłam młynek do mielenia kardamonu do kawy, i teraz to już na pewno dorwie mnie megadeprecha, buuu.
138.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.