Antoniego do szukania moich kluczy. I znalazł. W bucie. Serio.
Klucze wdziałam gdzieś podczas akcji "rozmrażanie lodówki". Najbardziej wrażliwe produkty zaniosłam do zamrażalnika do mamy, reszta wylądowała na balkonie - i podczas tego wynoszenia i przynoszenia w pewnym momencie okazało się, że klucza nie ma i już. Przeszukałam caluśkie mieszkanie z kiblem i wnętrzem lodówki włącznie (dziękując Bogu, że mieszkanie nieduże) i nic. Zatem zawołałam świętego Antoniego na pomoc i przeszukaliśmy razem jeszcze raz. Okazało się, że klucze spadły z przedpokojowej szafki wprost w głębie stojącego obok szafki wielkiego zimowego czarnego buciora. No.
A dzień jak zwykle zabiegany. I ja już naprawdę nie mam pomysłu, kiedy będę mieć trochę więcej czasu. Obawiam się, że jeszcze w trumnie będę machać nogami, jak rzucający się na patelni martwy węgorz.
Tyle, że znalazłam chwilkę na tfffurczość. Akurat z wnętrza lodówki wielkimi płatami spadał lód i trzeba było poczekać, aż cały spadnie.
Dobranoc, bo jak ziewnę jeszcze raz, to pęknę na uszach.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.