sobota, 17 stycznia 2026

zaangażowałam świętego

 Antoniego do szukania moich kluczy. I znalazł. W bucie. Serio.

Klucze wdziałam gdzieś podczas akcji "rozmrażanie lodówki". Najbardziej wrażliwe produkty zaniosłam do zamrażalnika do mamy, reszta wylądowała na balkonie - i podczas tego wynoszenia i przynoszenia w pewnym momencie okazało się, że klucza nie ma i już. Przeszukałam caluśkie mieszkanie z kiblem i wnętrzem lodówki włącznie (dziękując Bogu, że mieszkanie nieduże) i nic. Zatem zawołałam świętego Antoniego na pomoc i przeszukaliśmy razem jeszcze raz. Okazało się, że klucze spadły z przedpokojowej szafki wprost w głębie stojącego obok szafki wielkiego zimowego czarnego buciora. No.

A dzień jak zwykle zabiegany. I ja już naprawdę nie mam pomysłu, kiedy będę mieć trochę więcej czasu. Obawiam się, że jeszcze w trumnie będę machać nogami, jak rzucający się na patelni martwy węgorz.

Tyle, że znalazłam chwilkę na tfffurczość. Akurat z wnętrza lodówki wielkimi płatami spadał lód i trzeba było poczekać, aż cały spadnie.


Do przed chwilą jeszcze łatałam spodnie, żeby było jutro co do kościoła na d włożyć. 

A herbatka dziś zielona z Irvinga - jak na zieloną wyśmienita, bo smakowała jak słabiutka czarna. :P

Dobranoc, bo jak ziewnę jeszcze raz, to pęknę na uszach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.