błotnista wiejska droga. Po prawej stronie z zawianego śniegiem rowu wyrasta rząd rosochatych wierzb. Pod nogami malownicze koleiny rozlewające się co kilka metrów w jeszcze bardziej malownicze kałuże, między nimi pas bieluteńkiego śniegu. I całe połacie nieskazitelnej śnieżnej bieli po lewej stronie. Gdzieś na horyzoncie ośnieżona chatka z oknem na cztery szybki.
Fajne? :) To popatrzcie tu:
Ta sama sceneria 50 lat później. :P
Znaczy, u nas roztopy. Podobno chwilowo, bo za dwa dni ma być znowu mróz. Jestem trochę wykończona życiem między wczorajszą radą a czwartkową kolejną radą, w międzyczasie oczywiście normalna praca, opieka nad mamą, szukanie bratu w internetach czegoś, co by chciał zamówić (przy okazji zamówiłam se herbatki z Irvinga, te IMHO najsmaczniejsze). W końcu jakaś nagroda za to zapiii chyba mi się należy.
I tak mi się strrrasznie nic nie chce, że głównie oglądam sikorki:
Złote modre sikorki. O złotej godzinie.
A w ogóle to rano zdumiało mnie bardzo, bardzo nieśmiałe pogwizdywanie mojego kosa zza kuchennej szyby.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.