czyli nawiedziło mnie nasze słoneczko w ramach wizyty duszpasterskiej. Żebyż on był taki słodki :P w kościele jak jest w prywatnych domach u parafian... Nic mu nie przeszkadzało, nie zadawał (prawie wcale) głupich pytań, nie czepiał się niczego. Żebyż do niego dotarło, że na swoim gruncie, w kościele, tak samo powinien pozytywnie nastawiać ludzi do Kościoła, jak na misyjnych wyprawach po blokowisku...
Na pociechę herbatka żurawinowo-mandarynkowa z Irvinga. Bardzo smaczna. Przywołała w pamięci dawny smak kiślu, takiego prawdziwego.
Pasterze wrócili do swoich 99 owiec, na swoje łąki, do swojej codziennej (i conocnej) roboty. Prawie jak zejście z góry Tabor albo jak powrót do Galilei po zmartwychwstaniu. Albo jak wracanie do domu po rekolekcjach. Ty byś se jeszcze pofruwał, a tu proza codzienności, atakująca z siłą konieczności nadrabiania zaległych spraw.
Wielbili i wysławiali Boga za wszystko, co widzieli i słyszeli, jak im to wcześniej było powiedziane. Czyli wielbili Boga za to, że Wypełnił Obietnicę, że Dotrzymał Słowa. Gdyż tej nocy to widzieli, co prorocy widzieć chcieli.
I ja im tego zazdroszczę. Nawet nie w sensie, że widzieli Jezusa, bo akurat to mam nadzieję też kiedyś zobaczyć. Ale zazdroszczę, że widzieli, że Słowo naprawdę się spełnia w faktach życia. Chciałabym też to zobaczyć kiedyś.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uprzejmie proszę jakoś podpisywać komentarze. Istnieje ryzyko, że niepodpisane komentarze będę konsekwentnie ignorować.