czyli praca, rekolekcje i praca. I że znowu łeb mi pęka, a jeszcze mam sprawdzanie, niestety, na biurku...
Po porannej porcji pracy poleciałam na parafię ze szczerą intencją dotarcia do (rekolekcyjnej) spowiedzi. Właśnie skończyła się jedna z (rekolekcyjnych) mszy. Pod konfesjonałem spory tłumek babć w dość nieciekawym stanie fizycznym: któraś z jedną kulą, któraś z dwiema, inna z balkonikiem... widać wyraźnie, że dlatego przyszły tu dziś, żeby nie musieć jutro odstawać w kolejce. No msza się skończyła, a tu nic. Mijają minuty. W końcu babcie postanowiły wysłać najbardziej mobilną z kolejki do zakrystii. Wróciła z wieścią, że dziś spowiedzi nie przewidziano. I się rozeszły.
W zasadzie gdybym ja ograniczyła się do swoich obowiązków, które przewidziano, nie leciałabym po południu drugi raz do pracy, bo widzę, że trzeba. No trzeba, to tyłek w troki i lecę, i robię, nie oglądając się na godziny. Ktoś tego potrzebuje i tyle. Nie wiem, czy to jest duchowość na tyle niekatolicka, że księża na parafii jej nie praktykują, a ja powinnam się jutro z tego wyspowiadać?
No nic. Poszłam do mamy, ugotowałam obiad, zjadłyśmy. Mama oglądała rekolekcje w parafialnej telewizji, więc pytam, jak kazanie. Dowiedziałam się, że kaznodzieja znowu potraktował słuchaczy jak ćwierćinteligentów, którym można wcisnąć dwie tanie historyjki i powtórzyć kilka religijnych banałów, i styknie. No nie, myślę, jak moja mama tak mówi o kazaniu, to ja na te rekolekcje po prostu chodzić nie będę. I nie poszłam.
W ramach dbania o rozwój duchowy w drodze do pracy odmówiłam kawał różańca i sformułowałam refleksję. Bo naprawdę jeszcze 20 lat temu duchowieństwo zupełnie inaczej traktowało świeckich niż teraz. Teraz wyczuwa się jakąś pogardę, mówienie z poczucia wyższości: tych oświeconych i wyświęconych, co o Bogu wiedzą wszystko, i muszą w pocie czoła nauczać tą ciemnotę ze stanu świeckiego, której trzeba tłumaczyć, że Duch Święty nie należy do gatunku gołębi, a i tak, idioci, nic nie rozumieją.
Naprawdę, te 20 lat temu wcale tak nie było. Może mieliśmy księży zachłyśniętych Vaticanum II i ideą Kościoła jako wspólnoty świeckich i duchownych. Może to zachłyśnięcie miało swoje wady. Ale nie było tej kapłańskiej pogardy, a przynajmniej było jej o wiele mniej. Naprawdę, nie wyobrażam sobie, żeby w moich czasach licealnych ksiądz zignorował kolejkę ludzi czekających na spowiedź i kazał im przyjść jutro. Ksiądz był sługą, nie paniskiem. Wiedział, że ma obowiązki, że jest po to, żeby spowiadać, odprawiać, przygotowywać i głosić kazania. Drzwi plebanii nie bywały zamknięte, nie było domofonów, można było wejść i z reguły nikt nie udawał, że go nie ma, jeśli był. Świętością kapłanów był Najświętszy Sakrament, nie Najświętszy Spokój, a człowiek, niechby już i świecki, niechby już nawet za przeproszeniem kobieta, zasługiwał na szacunek i na poświęcenie mu czasu. Kiedy to się zmieniło? I może ważniejsze pytanie: dlaczego?
W pracy nasiadówka, na której nie jestem pewna, czy byłam potrzebna. No ale. Jak nadmieniłam: jesteś nauczycielem, nasiadówki są wliczone w twoje obowiązki i tyle. Następna nasiadówka we wtorek...
Z mamą miałam dziś drobne starcie na temat karmienia gości na Święta. Próbowałam jej wyperswadować koncepcję przedpołudniowego obiadu złożonego z żuru i białej kiełbasy na gorąco, a dwie godziny później drugiego, południowego obiadu złożonego z pieczonych kartofli z pieczonym kurczakiem. W tle, oczywiście, zupa pomidorowa, bo innej nie jedzą. Ostatecznie zgodziła się, chwilowo, że kurczaka nie będziemy piec (ale jest zamrożony w lodówce, więc kto go tam wie w sumie), ale za to mam zrobić wafle z galaretką, takie kolorowe. No dobra.
Ugh, ok - odpoczęłam, wracam do sprawdzania...
211.