sobota, 8 marca 2025

akcja budki

 zakończona.




Podcięłam też w końcu drzewka - najwyższy czas. A budki nabyłam w sklepie, w którym lęgną się sowy.


No, to lęgną się dalej. A to zielone to chyba dzięcioł, ale tylko jeden był.


A u mnie nie ma zielonych dzięciołów. Są czarne kosy.




Wracając, zobaczyłam nad głową pięć kropeczek.


Zoom trochę pomógł. To chyba żurawie, ale były tak wysoko, że nie było ich wcale słychać.



Czyli jednak wiosna.

1136.


piątek, 7 marca 2025

już widzę

 że to nie będzie łatwy Post. I widzę przynajmniej trzy powody. Jeśli je jakimś cudem Bożej Łaski pokonam, to się zdziwię. 

Na razie witam przylatujące ptaki.


Grzywacze są już jakiś czas


Dziś spotkałam pierwsze szpaki, chyba cztery w sumie.


Nadając wymiar praktyczny witaniu ptaków, w usiłowaniu odreagowania paru stresów, udałam się na ogród i poskładałam do kupy rozwalającą się starą budkę lęgową.


Odpadła jej deseczka z dachu, znalazłam ją na trawie. A kiedy zdjęłam budkę, żeby ją naprawić, rozlazła mi się w rękach. Zatem złapałam młotek i pudełko gwoździ, i udało mi się starą budkę nieco odrestaurować, przy czym - przyznaję - pokrzywiłam gwoździ cały stos, ale ani razu nie walnęłam się młotkiem w żaden palec. Jutro wybieram się do sklepu, w którym lęgną się świecące oczami sowy (podobno już go po zimie otworzyli) i dokupię dwie nowe budki. 

A w ogrodzie nieśmiało zaczyna się wiosna











i  - wobec perspektywy napiętrzania się kilku innych wyzwań - przeraża mnie ilość ogrodowej roboty. Najchętniej siedziałabym na ogrodzie od rana do nocy dzień w dzień, no ale. 

Jak  kosy.

1135.

czwartek, 6 marca 2025

ora et labora

 jakoś mi tak ostatnio niechcący wyszło - większą część doby albo jedno, albo drugie, chyba jednak z naciskiem na labora. Poza tym przyszła wiosna, momentalnie zrobiło się gorąco, drugi dzień z rzędu boli mnie łeb, mam prześliczne pryszcze, a hormony, zdaje się, nie zrezygnowały. Jeszcze milion lat i może uda mi się przekwitnąć?

Jem.



Znalazłam.




Dostałam dziś dwa listy papierowe (od Magdy i Agnieszki z Kobyłki) i jeden e-mail (od Moniki) - dziękuję Wszystkim Paniom. Z czasem zapewne odpiszę (mam ciągle zaległy list do Agai, ale ferie się skończyły i mam straszny problem z wygospodarowaniem czasu, zwłaszcza jeśli list ma być ambitniejszy niż "cześć, miło mi, co słychać". Ze swojej strony rozumiem wszelkie poślizgi w odpisywaniu, więc proszę bez spiny i bez hm parcia na długopis. Może uda nam się wymienić kilka listów, może z czasem okaże się, że czelendżowe zadanie zaowocowało długo(letnią?) korespondencją, ale nic na siłę. 

Poza tym już mam tegoroczne przemyślenia dotyczące Wielkiego Postu. Po pierwsze: znowu Autorzy mądrych artykułów internetowych zbyt często zakładają, że czytelnicy są uzależnieni od neta/telefonu i pierwszym zadaniem na Post jest ograniczyć ekraniki. Czuję się nieco wykluczona. :P Po drugie, po odrzuceniu wielu, zbyt wielu tekstów o treści "Chrystus pościł 40 dni i w Wielkim Poście trzeba Go naśladować" - tyle, że treści rozpisanej na wieeele stron i ociekających słodką nabożnością, a nie wnoszących żadnego konkretu, propozycji czy pomysłu - a zatem po odrzuceniu wspomnianych wyżej zdecydowałam postawić na klasykę: post, modlitwa, jałmużna. Post w tym roku wyraża się w usiłowaniu większej aktywności fizycznej, pisałam już. Wcale nie jest mi łatwo wystukać te 30 minut. Modlitwa to - też już wspominane - rozpoczynanie dnia od przeczytania dzisiejszych czytań mszalnych. O zgrozo, z telefonu. Co do jałmużny - właśnie ustawiłam na stole świnkę wielkopostną i wrzucam do niej to, czego nie wydałam, bo w ramach Postu zdecydowałam, że z tego zrezygnuję. W Popielec nie kupiłam sobie bułek - w śwince wylądowały 3 złocisze. Dziś kupiłam krem do rąk tańszy o 4 złote niż inny - i te 4 złote wylądowały w brzuszku świnki. Pod koniec Postu zawartość świnki pójdzie na jakiś dobry cel. 


BTW - to, co leży przy śwince to wyjęte z niej jakieś zaplątane 2 złocisze z zeszłego roku i koraliki, które symbolizowały modlitwę za jedną konkretną osobę. Złocisze trafiły z powrotem do środka świnki, koraliki do pudełka z koralikami.


Książka, Magdo, okazała się właśnie taka, jak pisałam - i nawet ponabijać się nie da, jak z Hieronima, bo jest tak wzniosła i idealistyczna, że o stąpaniu po ziemi i mowy być nie może. Wyobraź sobie, że _każda_ dziewica konsekrowana _ma_ wielkie nabożeństwo do Najświętszej Maryi Panny (co wyraża się głównie w czułych słówkach pod Jej adresem), a celem jej życia jest modlitwa za (abstrakcyjny) Kościół (a przynajmniej za Kościół, do którego dziewica konsekrowana ma się nie dotykać).  I rzecz, która mnie rozwaliła i doprowadziła do łez ze śmiechu: obraz Maryi z księżycem pod stopami ma być obrazem kobiety, która nie ulega swojej zmienności (a my mamy iść i czynić podobnie). Hę? Księżyc jako symbol cyklu miesięcznego, którego istnienie dziewice konsekrowane winny totalnie ignorować, nie dopuszczać do głosu i tłumić wszelkie podleganie związanym z nim zmiennościom samopoczucia, nastroju, zachowań i całej reszty? No mówcie co chcecie, ale takiej interpretacji Maryi depczącej księżyc tom jeszcze nie słyszała. 

Słowo, gdybym swoją formację (czy kandydaturę) zaczęła od lektury takich książek, na piątej stronie bym orzekła, że taka konsekracja to nie dla mnie. I czemu to ma służyć, oprócz tego, że rozdmuchaniu abstrakcyjnej nabożności, bez jakiegokolwiek odniesienia do realiów życia? No ja rozumiem, że Autor (jakiś ksiądz chyba) generalnie kobiet nie lubi i uważa, że żadnego pożytku z tego w Kościele nie będzie, niech się lepiej schowają, gdzieś w jakim ustronnym miejscu złożą rączki i modlą, przynajmniej nie będzie z tego kłopotu.

No, to ja już dziś nikomu kłopotu nie robię i idę się modlić. Obawiam się, że nie za niezdefiniowaną ideę jakiegoś abstrakcyjnego Kościoła, tylko za bardzo konkretnych ludzi i w bardzo konkretnych sprawach. I obawiam się, że moja warunkowana hormonalnie zmienność zignorować ani pominąć się nie da. Mogę jej nienawidzić, zdeptać nie mogę. 

1134.

wtorek, 4 marca 2025

przedpoście

 czyli ostatki, na świecie spowiedniczy wtorek, pączkowy wtorek, tłusty wtorek.

U spowiedzi byłam w zeszłym tygodniu, będzie na dobry start Postu. Pączka trzy czwarte zjadłam (i starczy). Tłusta jestem niezmiennie. Więc chyba ok.

Na zakończenie czelendża zimowego:

Ano, kupiłam.


Zadanie niezrealizowane: śniadanie do łóżka. To nie jest dobre zadanie dla samotnych. 

Na górze stronki pojawiły się już czelendżowe zadania na wiosnę. Jak na nie patrzę, to już od kilku dni realizuję kilka zadań, będę meldować sukcesywnie. Bukiet narcyzów się nie liczy, bo jednym bukietem nie załatwia się dwóch zadań. :P

Pisałam do którejś Pani w papierowym liście: czelendż jest po to, żeby pomóc mi żyć tu i teraz, cieszyć się urokami aktualnego czasu, zauważyć piękno i wartość tego, co akurat mam. Nie jest to jakieś superludzkie spinanie muskułów, raczej wykonywanie drobnych kroczków, które (odnotowane) dają satysfakcję i radość. 


Co do pomysłów na Post - i tak mi nie wyjdą :P - na razie mam w planach zaczynanie dnia od przeczytania czytań mszalnych na dany dzień i codzienne nabijanie 30 minut aktywności na smartłoczu :P, czyli więcej energii i aktywności szeroko pojętej, acz mierzalnej. Z pomysłów, które nie mają najmniejszych szans mi wyjść, jest odgracenie się (getting uncluttered), zarówno fizycznie, jak i duchowo. Potrzebuję zwolnienia tempa, większego spokoju, powyrzucania tego, co niekonieczne. Dystansu do głupot i dystansu do tempa. :P

Tak że tego, no - głęboki wdech i jutro zaczynamy.

PS. Agajo, pamiętam, że mam napisać - powinno mi się udać na dniach. 

1132.

poniedziałek, 3 marca 2025

mozolne

 wracanie do szkoły. Zmaganie z rozmrażaniem lodówki u mamy. Przygotowanie jutrzejszych lekcji. I koniec dnia. 

Jutro świętego Kazimierza, wiosna z zimą się przemierza, czajka przybieża i co tam jeszcze. Tęsknię za porządną wiosną, jest mi ciągle za zimno i wieczorem za szybko zapada zmrok. No wiem, wiem, już i tak później niż, ale co to za wieczór, jak o 18.00 już jest noc. A zmiana czasu dopiero trzydziestego w tym roku. 

Znowu mam kilka zaległych rzeczy do zrobienia i kompletny brak czasu na nie. 

Znowu z buta właduję się w Wielki Post, bez chwili na jakiekolwiek zatrzymanie czy refleksję. Z tego samego buta w rozpędzie minę i Wielkanoc, i zatrzymam się może na koniec czerwca. Praca, praca, praca. I coraz wolniejsze tempo mojego działania, jakiegokolwiek. Czuję się jak stary grat z poluzowanymi wszystkimi śrubkami. Jak to ma działać, jak już nie może. 

Mamie skrzypiała lodówka, znaczy drzwi. Obiecałam, że przy okazji rozmrażania zajrzę do tego. Okazało się, że coś się poluzowało na zawiasach, poprawiłam, nie skrzypi. "Naprawiło się?" - spytała mama. Nie, ja naprawiłam. :P

Gdyby ktoś tak mnie trochę naoliwił, podkręcił, ustawił. 

1131.

niedziela, 2 marca 2025

no i koniec

 ferii - jeśli ktoś mi zazdrościł, to  już może przestać. 

Ostatnie feryjne zadanie:

Jak podeschnie, to jeszcze kontury poprawię na dole. 

Co do śniadania do łóżka - cała przyjemność pryska, kiedy musisz sama osobiście sobie to śniadanie do łóżka zrobić i przynieść. Po prostu nie ma sensu kłaść się z powrotem po to, żeby w łóżku zjeść :P, do tego jest to dużo mniej wygodne niż zwykłe śniadanie (skoro i tak już je sobie zrobiłaś). 

A kwiaty sobie jakieś kupię, kupię. I przejdę do czelendża wiosennego. 

Co do dzisiejszych rozkmin nad Słowem. OK, dobre drzewo rodzi dobre owoce, a złe nie rodzi. Tak może być (ale nie zawsze jest) z drzewami, ale tak nie jest z ludźmi. Każdy człowiek czasem ma owoce dobre, a czasem złe. Z tej samej obfitości tego samego serca. I to nie jest problem.

Problemem jest mnożenie dobrych owoców, żeby pokazać, jakim to ja dobrym drzewem jestem. Po to, żeby ukryć skrzętnie złą obfitość serca. 

1130.

(Panie Boże mój, jak ja mam już dość...)

sobota, 1 marca 2025

przedostatni

 czyli piętnasty dzień ferii.




A tam, kup. :P Najlepsza zabawa to kulę śnieżną _zrobić_.
A tam, jedną. Chociaż ze cztery. Szkoda tylko, że takie malutkie i takie nieszczelne. Trudno je szczelnie zakręcić i uszczelniłam klejem na gorąco, jutro rano sprawdzę, na ile skutecznie.







Jak się nauczę robić takie kulki, to kupię taką dużą, drogą szklaną kulę i wykombinuję coś lepszego. 

Był też przedwiosenny spacer w deszczu, masę zajęć w domu, pierwsze sprawdzanie klasówek i takie tam. O spacerze na ważce coś będzie, ale raczej jutro.

1129.