ten od krokodylich łez.
Jak w trzydziestym dziewiątym u nas trwała kampania wrześniowa i oczekiwaliśmy, że ktoś za nami stanie, było tak samo. Krokodyle łzy, szumne deklaracje i żadnej konkretnej pomocy. Spisali nas na straty i czekali, aż nas zniszczą. Bo sami czuli się bezpieczni. Może byliśmy wtedy w ich pojęciu ceną ich bezpieczeństwa.
Jakoś tak teraz my robimy z Ukrainą. Pieprzymy o sankcjach, które są tak nieistotne, że nikt ich nawet nie zauważy, czy są, czy ich nie ma. Najbardziej rozśmieszyło mnie dziś, że podczas transmisji międzynarodowych zawodów sportowych solidarność z Ukrainą wyrażono pomijając milczeniem i czcząc przerwą w komentarzach występy rosyjskich zawodników. Allle mi kaaara... tyleż obchodząca Rosję, co pomagająca Ukrainie. Łzy przewrotnego polskiego krokodyla-hipokryty.
Tak, dam jakieś pieniądze, jak zaczną je zbierać. Wiem, że spora część tych pieniędzy, komukolwiek je dam, i tak pójdzie na cele statutowe, nie na Ukrainę. A im przydałaby się raczej dobrze uzbrojona armia sojusznicza. Tylko że nikt takiej nie wystawi. Będzie znowu powtórka z sojuszniczymi czołgami, bezczynnie szczerzącymi lufy na linii Wisły przy dogorywającym powstaniu. Nikt nie zaatakuje takiej Rosji w obronie takiej Ukrainy, przecież to oczywiste. Niech se wezmą, niech się nażrą, może nam dadzą spokój. Dadzą. Na jakieś 7 lat...
Myślę o niesfornych gówniarzach w szkole, którzy próbują, co im wolno, na co jeszcze nauczyciel pozwoli. I próbują coraz szerzej, coraz głębiej, coraz bezczelniej.
Tyle, panie, w polityce.
A poza tym znowu nalot czyżyków. I kosa.