sobota, 7 sierpnia 2021

skończyło się zimno

 przynajmniej mam nadzieję... dziś mam plany na wyjście z domu. :P Niestety, od tych zmian i huśtawek boli mnie łeb. 

Tak se patrzę na to, co się na górze, cywilnej i kościelnej, dzieje, i mam wrażenie, że albo ktoś z kimś się znowu o coś pokłócił, albo dwa ktosie chcą bardzo znaleźć jakiś temat zastępczy, żeby gmin czegoś nie zauważył :P.  Generalnie mam wrażenie, że oglądam dzieci z piaskownicy, ok, niech już ubrane w garniturki albo i w co innego, i kopiące piach telefonem komórkowym. :P Albo te dzieci, o któryś kiedyś Mówiłeś, że przygadują swoim rówieśnikom na temat tańca i przygrywania. 

Nie wiem, może niektórzy chłopcy nigdy nie rosną. Szkoda tylko, że tacy chłopcy lądują właśnie w takich miejscach... nawet jeśli kopią ten piasek naprawdę wypasioną komórką. 

Poza tym dalej przeglądam zdjęcia, teraz już z marca :P. Może do końca wakacji zdążę uzupełnić zaległości z ostatniego roku. Zwykle folder z jednego miesiąca zawiera ponad 500 fotek, z czego po wstępnym odsianiu zostaje ponad 300, po dokładniejszym odsianiu około 200, a z tych 200 to już jedno w drugie bym publikowała :P bo ładne. Na razie głównie ptaki, bo zdjęcia z zimy - i zdumiewa mnie, ile rzadkich ptaków udało mi się widzieć, nie wychodząc z miasta... jastrzębie, dzięcioł czarny, nawet bielik. Jak zaktualizuję, policzę, ile mam gatunków na liście ptasiego bloga. Teraz już marzec, więc powoli zaczną się rośliny... 

A tymczasem temperatura dosięgła aż 18 stopni :))) - prawda, że to niezwykle na sierpień? - trza się zbierać. 


wieczorem:

do mojego ogrodowego wodopoju przychodzi wiewióra. 



piątek, 6 sierpnia 2021

Z Benedykcjonału editio prima:

 dla zainteresowanych.








Nie wiem, czy uda nam się dotrzeć do Justynki (pozdrawiam!) i poprosić o zezwolenie na wykorzystanie tekstów w editio altera. 

Dla Szanownych Niepamiętających: pierwsza wersja Benedykcjonału, zapoczątkowana przez Magdę, powstała w 2018 roku w lipcu. 

czwartek, 5 sierpnia 2021

między deszczem a lenistwem

 czyli jednak meteopatia była po coś :P - załamanie pogody nastąpiło, u nas nie tyle groźne, co upierdliwe. Jest zimno, nie dochodzi do 18 stopni, i wszechmokro. O dyssamopoczucie oskarżałam też hormony... ale to się okaże na dniach. :P

Na razie siedzę w domu, porządkuję zdjęcia (zapraszam na blogi fotograficzne, zwłaszcza ptasząt przybyło :klik: ). Póki co pokonałam prawie pół tysiąca zdjęć ze stycznia... Łapię się też na tym, że muszę przejrzeć te swoje blogi i sprawdzić parę rzeczy, pewnie też poprawić kilka błędów rzeczowych, może coś uszczegółowić. I to chyba dobrze, bo mimo wszystko jeszcze się rozwijam, skoro wiem więcej niż dwa lata temu, tak? :P Jednocześnie narasta uczucie rozczarowania płytkością paru książek, do których zdarzyło mi się dziś zajrzeć. OK, może to są beletrystyczne gawędy skierowane do czytelnika-lajkonika, a nie konkretne pozycje popularnonaukowe, do jakich jestem przyzwyczajona i jakich mi bardzo brakuje (i jakich potrzebuję, i jakie z chęcią czytam do kawy, tia, ostatnio do kawy zdarzyło mi się czytać encyklopedię o bezkręgowcach :P). Odnoszę wrażenie, że pierwsza wspomniana kategoria robi się coraz modniejsza i coraz bardziej chwytliwa. Może dlatego, że i czasy płytkie, powierzchowne, i wiedza, może i ludzie...

W temacie kupowania nołtbuka prowadzę aktualnie mailową przepychankę z Panem Sprzedawcą i odnoszę coraz silniejsze wrażenie, że ja bardziej wiem, co chcę kupić, niż on wie, co ma na sklepie :P. Po ostatnim mailu, w którym uzasadniałam, dlaczego nie chcę sprzętu z ogromnym dyskiem a kiepską baterią, chyba Pan się mnie lekko przestraszył, bo zamilkł :P. Podejrzewam, że potrafię ze specyfikacji wyczytać rzeczy, które jemu hm umykają. A Pan, być może, nie jest przyzwyczajony do obsługiwania klientek, które nie dadzą sobie wcisnąć pierwszego laptopa, którego Pan im poleci, zwłaszcza jeśli ów laptop jest akurat w modnym różowym kolorze :P.

Upiekłam wczoraj to ciasto, smak jest ok, ale muszę popracować nad konsystencją. Jest wyraźnie za mokre i rozciapuje się podczas prób krojenia czy wyjęcia z blachy. Więc na razie jemy łyżeczkami leguminę biszkoptowo-jabłkową z nutką kokosa, nie fantazyjną szarlotkę jakąśtam. Zdjęcia się nie da zrobić, wygląda jak coś, co morze wyrzuciło na brzeg podczas przypływu. :P 


PS. Dziękuję Teodoksji za nieoceniony wkład w tworzenie Benedykcjonału :klik:.
Jednocześnie nieustająco zapraszam Wszystkich Szanownych do współautorstwa.

środa, 4 sierpnia 2021

tak wiem, marudzę

 nie mam ani migren trwających kilka dni, ani kleszcze mnie nie obsiadły, ani nic innego. Po prostu jestem meteopatką :P i potwornie chce mi się spać, i generalnie nie mam na nic ochoty. Ani siły.

Przyszło wreszcie ochłodzenie, podobno ma padać, więc dziś (i bodaj jutro) robię pauzę od ogrodu. Za to mozolnie sklejam mamie kolejną parę butów. Zaraz chyba wypiję kolejną kawę, tym razem prawdziwą, Kawo-z-m. :), po czym przesadzę sansewierię, bo w tej doniczce mi chyba prędzej zdechnie niż zacznie rosnąć, spróbuję trochę uporządkować zdjęcia na twardym dysku, upiekę pewnie ciasto, pobiję się jeszcze trochę z myślami, czy kupować tego nołtbuka i jeśli to którego, i co zrobić z tym cholernym telefonem, bo dalej się tnie... chciałabym, Żebyś raz mi Pomógł. Ja jestem baba, czyli technodebilka, technoimbecylka i technokretynka w jednym, Dajże mi święty Spokój tymi maszynami! Sam se to Kupuj i Obsługuj i Naprawiaj, jeśli Chcesz.  

Przerasta mnie to wszystko, naprawdę. Mam fazę na "schowaj się w kącie i rycz jak idiotka bez powodu". 

wtorek, 3 sierpnia 2021

ogród

 po dwóch dniach wytężonej pracy zaczyna wracać do stanu hm względnej normalności ogrodów w stylu angielskim :P. Dotychczas był w stanie hm intensywnego zapuszczenia... 






i zdjęcie tygodnia :)


Poza tym pogoda deszczowo-senna, piję kawę litrami. Poza tym mój dość już wiekowy brat zadeklarował chęć zalegalizowania swego długoletniego związku, a zatem chyba mam niebawem weselisko...

Poza tym nieustająco zapraszam do współtworzenia benedykcjonału :klik:, który nieustannie się rozrasta. 

poniedziałek, 2 sierpnia 2021

trochę chłodniej

 i właśnie przed chwilą zagrzmiało... a ja dziś oprócz zmagań z ogrodem i paru innych zmagań mam na głowie zmagania z mamą. Dwa razy przyszedłszy do niej zastałam kartkę, z której wynikało, że wróci za 20 min-pół godz., za każdym razem wracała po ponad godzinie. Telefon, oczywiście, leżał na biurku. Za pierwszym razem pobiegła do przychodni w sprawie kleszcza (jakże można wytrzymać do środy, skoro nie puchnie i nie czerwieni się?) - dostała antybiotyk i uparcie twierdzi, że ma w miejscu po kleszczu "twardą gulkę", chociaż i ja, i lekarz jednomyślnie usiłujemy jej wytłumaczyć, że naprawdę nic tam nie ma... w środę oczywiście do lekarza też pójdzie. I ma jeszcze skierowanie do poradni chorób zakaźnych. W sprawie, a jakże, kleszcza. 

Za drugim razem poszła jeszcze tylko do sąsiadki, która chciała jej ofiarować kartofle, bo ktoś jej przywiózł ze wsi i za dużo ma. Szczęśliwie mama wykazała się asertywnością. Już miałam wizję siaty z kartoflami w przedpokoju... i kartofli na każdy obiad przed najbliższe półtora tygodnia. :P BTW, muszę sprawdzić, co zostało z dwóch siat warzyw, jakie mama dostała przed tygodniem, mam wrażenie, że są jeszcze jakieś buraki. Dynie prawie hokkaido zjedliśmy, mamie smakowały na tyle, że jak dziś przyniosłam z marketu prawdziwe hokkaido, skomentowała: o, kupiłaś tą _dobrą_ dynię? :)))

Chciałabym, cholera, Żebyś mnie Przytulił. Naprawdę, po całym dzisieju. Wiem, pewnie nigdy tego nie Zrobisz, ale co mi tam. Odmówię Ci i tak grzecznie wszystkie paciorki i pójdę spać, a jutro kolejny dzień. 

niedziela, 1 sierpnia 2021

lewy dzień

 wszystko mnie bolało, syndrom dw urósł do rozmiaru porządnej wołowej szynki :P, nic mi nie chciało działać, znowu wróciłam do walki z zawieszającym się telefonem, dzieci w kościele się darły tak, że zagłuszyła je dopiero syrena o 17.00... (te dzieci to chyba upośledzone są, za moich czasów trzylatki umiały zachować się w kościele...) Na domiar złego mama złapała kleszcza. Wyjęłam, zdezynfekowałam, rumienia niet, na środę jest zapisana do lekarza, więc powie. 

Studiowałam dziś temat owadów, osobliwie ważek.






Niżej pokrzywnik.


Teraz u nas to rzadkość, aż dziw pomyśleć, że za mojego szczenięctwa pokrzywnik był jedynym kolorowym motylem, jakiego znałam... I zupełnie nie wiem czemu, do dziś kojarzy mi się jednoznacznie z jedną z moich sióstr. To połączenie żółtego, czerni i rudości jakoś.

Pragnę zwrócić uwagę, iż trzecia ważka od góry zajada prehistoryczny las:




Tymczasem wiewióra zajada trochę późniejszą historycznie szyszkę


a makolągwa też coś zajada, ale nie mam pojęcia, co.



Jerzyki zajadają raczej komary.


To jerzykownik, taki wieżowiec-apartamentowiec dla jerzyków. Podglądałam, jak karmią młode.




Młode wygląda z budki obok, widać?



A poza tym czekam na burzę. Mam już naprawdę dość tych upałów, burz, wyładowań, napięć, zakłóceń i podobnych atrakcji...