sobota, 26 grudnia 2020

ekspresja genów średniowiecznych :)))

 proszę bardzo:




Zrobiłam klatkę. Ręcznie. Własnoręcznie. Z leszczynowych patyków pozyskanych z mojej ogrodowej leszczyny.
Myślę, że dziadek byłby ze mnie dumny... i proszę na mnie nie krzyczeć, że nie świętuję. 

Po co mi klatka? Ano, nie mogę dać sobie rady z kawkami w karmniku. 



Kawki się szybko uczą. Najpierw wystarczało, że karmnik wisiał, a nie stał - nie potrafiły się dobrać. Po roku trzeba było wiszący karmnik zabezpieczać listewkami, frędzelkami z folii. I działało. Teraz już nie działa... Listewki, frędzelki, cokolwiek - kawka z karmnika zje. :P Przegoni mniejsze ptactwo, wyżre wszystko sama. 

Więc? Jedyna radą, jaką wymyśliłam, jest odcięcie kawek od karmnika. Czyli wstawienie karmnika w klatkę. Jutro spróbuję, na razie klatkę wyprodukowałam. 

A poza tym - dziś św. Szczepana. Pierwszy raz szczerze modlę się, jak kolekta przykazała, o miłość do nieprzyjaciół. Chciałabym, żeby powtórzyły się Dzieje, nawet jeśli ceną nawrócenia Szawła była krew Szczepana. 
Ile krwi jest we mnie? Co ona warta? Kogo wyprosi? Naprawdę muszę w tym celu umrzeć pod kamieniami? :P A jeśli już muszę, to niech przynajmniej ja, nie...

A poza tym - urodziny bez Jubilata naprawdę są do bani.

piątek, 25 grudnia 2020

nie wiem, co z tym wspólnego mają moje hormony :P

 ale zwyczajnie nie chce mi się pisać... dzień spędzony głównie z mamą przed telewizorem. Próby złapania brata na meetsie (nie dał się złapać, a potem powiedział mamie przez telefon, że meet to specjalistyczna platforma edukacyjna dla nauczycieli i on _nie ma_ tego programu, hę :))). Ze mną na wszelki wypadek nie chciał rozmawiać :P. Pocztę na guglach ma... :P Wysłałam mu w trzech obrazkach przepis na znalezienie i otwarcie tej specjalistycznej platformy na jego laptopie... 

Poza tym tak, ja też jestem strasznie zmęczona i marzę, żeby po prostu pójść spać :P. 

czwartek, 24 grudnia 2020

kto w lecie

po kryjomu plącze lampki i łańcuchy Bożonarodzeniowe, leżące sobie spokojnie w swoich pudełkach, i ile mu za to płacą, hę? Czy tylko ja dziś zadawałam takie pytania??? :)))

Rano udało mi się wyskoczyć na prawdziwą mszę. Większość ludzi wierząca, komunia do dzioba, co pobożniejsi w maseczkach pod brodą. Generalnie bałagan nie zachęca do częstego przychodzenia, zanim przetestuję na sobie tą szczepionkę... 

A potem jak zwykle. Posprzątaj dwa mieszkania, ubierz dwie choinki, przygotuj jedną Wigilię. Powiedzmy, że z grubsza ogarnęłam...


Wigilia przy telewizorze, pewnie nie udźwignęłybyśmy rozmawiania o tym, jak było, jak jest, czego i kogo brakuje. Myślę dziś o dawnych Wigiliach - przyjeżdżali dziadkowie spod Chełma, przychodziła ciotka, było nas siedmioro. Zawsze, no zwykle :P, w noc Bożego Narodzenia dostawałam gorączki :P, nie wiem, z wrażenia czy z czego, trzeba było w Święta szukać lekarzy... Teraz zostałyśmy we dwie, mama i ja. 

Myślałam o ludziach, których kocham, za których się modlę, gdzie i jak dziś świętują. Nic nie mogę, tylko się modlić. Ten czy tamten w takim czy innym związku, poza Kościołem. Inny w grzechu i obłudzie, z rączkami złożonymi pod kątem 45 stopni, kogo ostatnio skrzywdził, kim się znowu posłużył jak rzeczą, kogo znowu zostawił, jak już go wykorzystał? Ktoś inny na dyżurze w szpitalu, w DPSie, w domu dziecka, w kolejce na granicy w TIRze, w łóżku z kowidem...


Już noc. Zaraz zapalę świeczkę, odmówię nieszpory, pompejankę. Zamknę ich wszystkich. 

środa, 23 grudnia 2020

cały dzień w kuchni

 z chwilą przerwy na netową mszę i zarejestrowanie się  na kurs onlajn w sprawie zmian w maturach. Nie żeby coś mi z tej kuchni dobrego wyszło - ciasto nie wyrosło, keks się zwarzył, mama ciągle krytykuje barszcz (doprawiła go do wersji tak kwaśnej, że rzeczywiście trudno połknąć). Proszę, naprawdę, czy raz coś mogłoby mi się jednak udać? :(((

wtorek, 22 grudnia 2020

znowu nie zdążę... :(((

 do 14.00 w pracy - rano lekcje, potem wypadłam na zakupy i po drodze do szkoły, ledwie zdążyłam na spotkanie przedwigilijne onlajn :P. Ku mojemu zdumieniu dzieciaki odpisują, odwzajemniają życzenia. Potem jeszcze sprawdzanie prac, informacja o ocenach na semestr (każdemu wyślij mail), tabelki. Pręt przytrzymujący firankę znowu się urwał, znowu wszystko wylądowało na podłodze, połamało kwiatki. No Pomógłbyś mi chociaż trochę - sarknęłam. Nie Widzisz, że wszystko po kolei mi się tylko rozpiiii?
Nie Pomógł. 

Obiad, po obiedzie słodka godzinka spędzona na wnoszeniu na 4 piętro dwóch choinek z piwnicy, każda w dwóch kawałkach, plus słoiki, plus stolik pod choinkę. Jutro mama jedzie na kontrolę oka do Lbl z K., słoiki z ogóreczkami i innymi takimi mają być dla niej. Niedobra jestem, bo nie zdążyłam upiec ciasta. Mamy jeszcze prawie całe ciasto z niedzieli, ale ono się nie nadaje. :P Rozmrozimy uszka i pierogi, mama ugotowała barszcz już na wigilijnym zakwasie (oczywiście jest niedobry :P). I będzie.

A ciasta nie upiekłam, bo złapałam się za ciąg dalszy sprzątania. Brakuje mi pojemników recyklingowych na kasety audio i vhs, i na płyty cd. Wywaliłam dziś wszystkie materiały naskładane onegdaj do egzaminów gimnazjalnych. Kilka ostatnich kaset vhs, cały pojemnik kaset audio. Tych ostatnich jeszcze trochę mam... kupowane po peweksach za zachodnioniemieckie marki, heh. 

Odkurzałam szafkę z książkami, za rzędem książek znalazłam małą karteczkę. Imię, nazwisko, nr telefonu. Trudna historia. Nie wiem, Załatwisz to kiedyś, Tam? 
Wcześniej pewnie nie. 

Dwa stosy książek odłożone na bok. Jeden wyniosę do kościoła - te wszystkie nabożności, których czytać nie będę, niech ktoś używa. Drugi pod śmietnik. Mniejszy. Byle przestało padać, bo dziś ćlapie większe pół dnia. 

Jutro cały dzień pieczenia - strucle i keks. Trochę rozdam, trochę zjemy. Nie wiem, czy zdążę jeszcze cokolwiek wysprzątać. 

Mama po rozmowie z jedną z moich sióstr znowu nie wierzy w kowida :P. Co mi przypomina. Łażę dziś po hali targowej, między kramami spory tłumek, wszyscy w maseczkach, oprócz. Siostra zakonna kroczy od kramu do kramu z odsłoniętą buzią. Przechodziła obok tego, przy którym akurat kupowałam pietruszkę. Siostrzyczko, maseczka - upomniała ją Pani Sprzedająca Pietruszkę. Bo siostra zachoruje. Mam golf - oznajmiła siostrzyczka, zresztą niczego nie zasłaniając. Golf - jak na golf przystało - kończył się w okolicach połowy szyi. A siostrzyczka poparadowała dalej. Wierząca. 

Ostatni dzień rekolekcji w parafii, ani o in vitro, ani o wyborach, ale temat równie gorący: że należy chodzić do kościółka, a nie łazić w niedzielę po sklepach i galeriach. Ot co. Bo jak się robi odwrotnie, to małżeństwa się rozpadają...
BTW kościół pełen, żadne tam 15 metrów na osobę, chyba w górę i w dół do fundamentu.

Dobra. Modlić się i spać, jutro o 6.00 znowu zapuszczany krople. 

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Barnaba w reniferkach

 proszę bardzo:


Ale nawet Barnaba dziś nie miał św. Spokoju... Sprzątałam. W przerwach między lekcjami, telefonami z pracy, zakupami, praniem i wieszaniem firanek u mamy, bieganiem do mamy na kolejne zapuszczanie kropli, mszą w internecie (jak się zaszczepię, to może będę mogła chociaż czasem na prawdziwą mszę pójść?), rekolekcjami w telewizji... Dziś było o rozwodach i związkach niesakramentalnych. Jutro pewnie będzie o in vitro :P. A może o niechodzeniu na wybory? Najważniejsze problemy polskiego Kościoła, tia...

W każdym razie pokój choinkowy posprzątałam. Jutro po pracy i po zakupach zacznę szukać choinek w piwnicy.  A resztę posprzątam na Nowy Rok, jak się uda. :P Bo przecież trzeba jeszcze gotować i piec. 

Zaczęła się zima. Nie że to widać :P, zielona trawka i około plus 5. Widać za to najciemniejsze i najkrótsze dni w roku. Zdychają mi na parapecie kolejne kwiatki. Niektóre wynoszę na balkon z nadzieją uratowania, mrozów nie ma, a widniej.

niedziela, 20 grudnia 2020

wsadzić stópki w reniferki :)))

 i nic już dziś nie robić, tia. 

W nocy sąsiad nad sufitem urządził sobie jakiś wieczorek muzyczny, bagatela, jakoś do 2.00 czy 3.00. Postanowiłam mu za to odpłacić budzikiem o 6.00, ale chyba nie usłyszał :P. Musiałam wstać, żeby zapuścić mamie krople do oczu... i tia, wiem, jestem wredna i złośliwa małpa. 

Po nocnej mgle rano szron, ale szybko znikł jak sen jaki... srebrny. :P





Tradycyjnie zdążyłam rano odmówić oficjum i obejrzeć mszę, i potem się zaczęło. Adwent :P. Cała intensywność oczekiwania na Gości. I cała logistyka pandemiczna: jak to zrobić, żeby się spotkać, nie spotykając :P. 

Stanęło na spacerze - ile daliśmy radę wytrzymać, bo ziąb. 


Pojemnik recyklingowy na kapsle okazał się dużo ciekawszy od choinki :P. 




Ciemno. Wbrew prognozom słońce pokazało się tylko rano, potem było ciemno i zimno. 
Zobaczyć pawia wśród gawronów i kawek

i kwiczoła wśród kamieni.


Ja potrafię, aparat nie bardzo.

Szefowa przysyła maila, że jeszcze to i to zrobić. Na klasrumie, zgaduję, czekają na sprawdzenie kolejne prace. O 22.00 ostatnie dziś krople, jutro następne o 6.00. 

A ja bym chciała reniferki i św. Spokój, tia. 
Wysłuchałam przez TV rekolekcyjnego kazania - o czym, no jak o czym, o aborcji i o marszach... i zdecydowanie nie mam ochoty być świętą. :P To po wysłuchaniu tych wszystkich przykładów bohaterskich matek, co same pomarły, ale dzieci przed śmiercią jeszcze urodziły, idź i ty czyń podobnie. Nie wiem, czy  moralne jest wymaganie od wszystkich obligatoryjnego heroizmu. I tak mi chodzi po głowie pewna matka, która nie uratowała jednego ze swoich dzieci przed utonięciem, bo ryzykowałaby życiem swoim = matki dla kilkorga pozostałych dzieci i życiem dziecka, które za kilka tygodni miało się urodzić. Była pro-life czy nie? 
Model heroiczny wymagałby chyba, żeby rzuciła się na ratunek licząc, że Pan Bóg ją ocali??? Czy może wręcz przeciwnie: ważniejsze było to dziecko, które jeszcze nosiła, a heroizm polegał na tym, że nie ratowała tamtego, tylko chroniła to??? 

Żeby nie było: nie wymyślam, przypadek prawdziwy. Tak czy inaczej, nie rozeznaję powołania do heroizmu i świętą z pobożnych kazań o heroicznych matkach naprawdę nie chcę być. 

Dobra. Spadaj stąd, **** jedna, i idź na klasrum.