z wczorajszej wyprawy. Mam już w domu internet, ale nie ma totalnie gdzie usiąść do kompa, więc na treściwsze wpisy jeszcze sobie poczekacie.
Zamość był twierdzą, podobno jedną z lepszych.
z wczorajszej wyprawy. Mam już w domu internet, ale nie ma totalnie gdzie usiąść do kompa, więc na treściwsze wpisy jeszcze sobie poczekacie.
Zamość był twierdzą, podobno jedną z lepszych.
pojawiły się czaple. Czyli chyba po sezonie lęgowym już. Takie malutkie kropeczki pod horyzontem :)
Poza tym zakończyłam epopeję pod tytułem medycyna pracy. Przyszlam - nieco spóźniona - na wyznaczoną mi godzinę. Na poczekalni ze 20 osób, ale doktor już jest, kolejka żwawo idzie do przodu. Podejrzanie żwawo. Kiedy weszłam do gabinetu, pan doktor znalazl moje papiery, otworzył swoje, kazal mi się podpisać w dwóch miejscach, wystawił mi trzy zaświadczenia i tyle. Badań zero. Nawet mnie nie obejrzał, kolejny cyrk mam za dwa lata.... i chwilowo się z tego cieszę.
A poza tym wytrwale robię soki i dżemy.
A poza tym - kolejny raz trzeba zawierzyć. W ciemno. Cokolwiek Zrobisz, przyjmę. I ja będę robić swoje.
12 lipca 307
13 lipca 308
14 lipca 309
15 lipca 310
Proszę zwrócić uwagę na nazwę ulicy (właściwie to niewielkiego chodnika), dumnie prezentowaną na każdej kolejnej latarni: Aleja Wolnych Książek. Hm. Czy wolne książki to te, których nie da się szybko przeczytać?
Pozdrawiam z pracy. Dziś już wakacje w pełni, więc (prawie) nikt mnie nie pogania ani nie wygania i wreszcie mogę dorobić poprzedni wpis i spokojnie napisać kolejny, no.
6 lipca 301
7 lipca 302
8 lipca 303
9 lipca 304
10 lipca 305
11 lipca 306
Badania z medycyny pracy robiłam ostatnio parę lat przed pandemią, potem – korzystając z możliwości nierobienia badań – już nie. Więc teraz, kiedy to pandemię uroczyście odwołano (nie wiem tylko, co na to pandemia, ale to zobaczymy...) muszę badania zrobić. Zaczęłam od pobrania z pracy skierowania i zapytałam, gdzie właściwie mam iść się badać. Na ulicę Iks – usłyszałam. No nic, wzięłam te papiry i obiecałam, że badam się na samym początku wakacji.
Minął dzień. Od Pani z Kadr usłyszałam, że na ulicę Iks mam nie iść, bo nie mamy z nimi umowy, mam iść na ulicę Igrek. No jak na ulicę Igrek, zaprotestowała obecna przy rozmowie dyrekcja, my zawsze chodziliśmy na ulicę Iks. No jak na ulicę Iks, odparła Pani z kadr, kiedy ja byłam tam wczoraj i powiedzieli, że nie mamy z nimi umowy... ok, mówię, to ja z pytaniem gdzie mam iść się zbadać przyjdę jutro o tej porze. Na drogę usłyszałam jeszcze, że mam sobie zrobić wcześniej na fundusz wszystkie możliwe badania (krew, mocz i rtg), żeby zakład pracy dostał za mnie jak najmniejszy rachunek. :P
Minął kolejny dzień. W kadrach dowiedziałam się, że nie mieliśmy żadnej umowy z żadną przychodnią, bo wszelkie nasze umowy zdążyły wygasnąć, ale Pani z kadr właśnie zawarła umowę z przychodnią na ulicy Iks. Następnego dnia grzecznie poszłam do swojej przychodni rejonowej i poprosiłam o wizytę u dowolnego lekarza rodzinnego. Dziś już nie ma miejsc - oświadczyła Pani z rejestracji – proszę pytać lekarza, czy przyjmie. Spytałam. Jeden dopiero o 17.00, a drugi absolutnie nie. Więc wróciłam do rejestracji i poprosiłam o zapisanie do jakiegokolwiek lekarza na jutro. Nie ma miejsc – usłyszałam. Więc ok, pierwszy wolny termin? Poniedziałek. Czyli za 3 dni.
W piątek zdążyłam się jeszcze w pracy dowiedzieć, że któraś z pań poszła do medycyny pracy na ulicę Iks, ale wygonili ją, bo nie mamy umowy. Znaczy mamy, ale jeszcze u kogoś na biurku leżała i w rejestracji jeszcze nie wiedzą.
W poniedziałek grzecznie udałam się do lekarza w przychodni rejonowej i spytałam, czy może mi dać skierowanie na krew, mocz i rtg, bo medycyna pracy wymaga, a zakład chce zaoszczędzić. Pokręciła nosem, ale dała. We wtorek załatwiłam laboratorium i rtg, na ktłóre mjusialam się najpierw zarejestrować... A umówiona pani jest? - spytała Pani w rejestracji. Słucham? Z kim umówiona? Mam skierowanie, jestem w rejestracji. Mam się jeszcze z kimś umawiać? No nie, nie... - mruknęła Pani w rejestracji. A na dzisiaj to pani chce? No pewnie, że na dzisiaj. No to jak pani nie jest umówiona, to na 13.30. Acha, myślę, czyli trzeba się będzie jeszcze raz wykąpać. I z kim ja się miałam właściwie umawiać, hę?
Rentgen zrobiłam bez problemów, ale podczas wizyty w szkole dowiedziałam się, że na ulicy Iks któraś z koleżanek znowu została odesłana, bo umowę już wprawdzie znaleźli, ale koleżanka nie miała ze sobą pracowniczej książeczki zdrowia – pobrałam więc swoją książeczkę z kadr. W czwartek odbieram wyniki. Nie ma wyniku z moczu. Pani z recepcji idzie sprawdzić – tak, jest potwierdzenie wysłania, ale laboratorium (BTW w Krakowie) badań nie zrobiło. Rozlali, a może próbka w upałach w transporcie zgniła, czort jeho znajet. Nalegam na powtórzenie badań. No ale to skierowanie pani musi mieć, od lekarza. Zimno mi się robi na propozycję ponownego dostawania się do pani doktor i tłumaczenia jej, że to znowu ja i znowu potrzebuję skierowania... OK, to we wtorek (za 5 dni) pani przyniesie mocz prosto do laboratorium, my skierowanie u pani doktor załatwimy – obiecała w końcu Pani z recepcji. A nie da się wcześniej? - nalegam. No wie pani, lekarz musi nowe skierowanie wystawić...
Z ciekawostek – hemoglobiny mam znowu zawrotne 8,5. Inne badania w normie, tylko AST 48. Podobno tak bywa przy anemii.
Update z ostatniej chwili: wlasnie - ignorując długą kolejkę do laboratorium - zaniosłam próbkę drugi raz. Skierowanie, o dziwo, było. Łots nekst. Kip tjund enyłej.
Z remontowych aktualności: panowie uparli się, że wyprostują mi ściany w łazience...
Kuchnia już prawie.
Pokoje i przedpokój rozgrzebane.
W ogrodzie szał liliowy.