Badania z medycyny pracy robiłam
ostatnio parę lat przed pandemią, potem – korzystając z
możliwości nierobienia badań – już nie. Więc teraz, kiedy to
pandemię uroczyście odwołano (nie wiem tylko, co na to pandemia,
ale to zobaczymy...) muszę badania zrobić. Zaczęłam od pobrania z
pracy skierowania i zapytałam, gdzie właściwie mam iść się
badać. Na ulicę Iks – usłyszałam. No nic, wzięłam te papiry i
obiecałam, że badam się na samym początku wakacji.
Minął dzień. Od Pani z Kadr
usłyszałam, że na ulicę Iks mam nie iść, bo nie mamy z nimi
umowy, mam iść na ulicę Igrek. No jak na ulicę Igrek,
zaprotestowała obecna przy rozmowie dyrekcja, my zawsze chodziliśmy
na ulicę Iks. No jak na ulicę Iks, odparła Pani z kadr, kiedy ja
byłam tam wczoraj i powiedzieli, że nie mamy z nimi umowy... ok,
mówię, to ja z pytaniem gdzie mam iść się zbadać przyjdę
jutro o tej porze. Na drogę usłyszałam jeszcze, że mam sobie
zrobić wcześniej na fundusz wszystkie możliwe badania (krew, mocz
i rtg), żeby zakład pracy dostał za mnie jak najmniejszy rachunek.
:P
Minął kolejny dzień. W kadrach
dowiedziałam się, że nie mieliśmy żadnej umowy z żadną
przychodnią, bo wszelkie nasze umowy zdążyły wygasnąć, ale Pani
z kadr właśnie zawarła umowę z przychodnią na ulicy Iks.
Następnego dnia grzecznie poszłam do swojej przychodni rejonowej i
poprosiłam o wizytę u dowolnego lekarza rodzinnego. Dziś już nie
ma miejsc - oświadczyła Pani z rejestracji – proszę pytać
lekarza, czy przyjmie. Spytałam. Jeden dopiero o 17.00, a drugi
absolutnie nie. Więc wróciłam do rejestracji i poprosiłam o
zapisanie do jakiegokolwiek lekarza na jutro. Nie ma miejsc –
usłyszałam. Więc ok, pierwszy wolny termin? Poniedziałek. Czyli
za 3 dni.
W piątek zdążyłam się jeszcze w
pracy dowiedzieć, że któraś z pań poszła do medycyny pracy na
ulicę Iks, ale wygonili ją, bo nie mamy umowy. Znaczy mamy, ale
jeszcze u kogoś na biurku leżała i w rejestracji jeszcze nie
wiedzą.
W poniedziałek grzecznie udałam się
do lekarza w przychodni rejonowej i spytałam, czy może mi dać
skierowanie na krew, mocz i rtg, bo medycyna pracy wymaga, a zakład
chce zaoszczędzić. Pokręciła nosem, ale dała. We wtorek
załatwiłam laboratorium i rtg, na ktłóre mjusialam się najpierw zarejestrować... A umówiona pani jest? - spytała Pani w rejestracji. Słucham? Z kim umówiona? Mam skierowanie, jestem w rejestracji. Mam się jeszcze z kimś umawiać? No nie, nie... - mruknęła Pani w rejestracji. A na dzisiaj to pani chce? No pewnie, że na dzisiaj. No to jak pani nie jest umówiona, to na 13.30. Acha, myślę, czyli trzeba się będzie jeszcze raz wykąpać. I z kim ja się miałam właściwie umawiać, hę?
Rentgen zrobiłam bez problemów, ale podczas wizyty w szkole
dowiedziałam się, że na ulicy Iks któraś z koleżanek znowu
została odesłana, bo umowę już wprawdzie znaleźli, ale koleżanka
nie miała ze sobą pracowniczej książeczki zdrowia – pobrałam
więc swoją książeczkę z kadr. W czwartek odbieram wyniki. Nie ma
wyniku z moczu. Pani z recepcji idzie sprawdzić – tak, jest
potwierdzenie wysłania, ale laboratorium (BTW w Krakowie) badań nie
zrobiło. Rozlali, a może próbka w upałach w transporcie zgniła,
czort jeho znajet. Nalegam na powtórzenie badań. No ale to
skierowanie pani musi mieć, od lekarza. Zimno mi się robi na
propozycję ponownego dostawania się do pani doktor i tłumaczenia
jej, że to znowu ja i znowu potrzebuję skierowania... OK, to we
wtorek (za 5 dni) pani przyniesie mocz prosto do laboratorium, my
skierowanie u pani doktor załatwimy – obiecała w końcu Pani z
recepcji. A nie da się wcześniej? - nalegam. No wie pani, lekarz musi nowe skierowanie wystawić...
Z ciekawostek – hemoglobiny mam znowu
zawrotne 8,5. Inne badania w normie, tylko AST 48. Podobno tak bywa przy anemii.
Update z ostatniej chwili: wlasnie - ignorując długą kolejkę do laboratorium - zaniosłam próbkę drugi raz. Skierowanie, o dziwo, było. Łots nekst. Kip tjund enyłej.
Z remontowych aktualności: panowie uparli się, że wyprostują mi ściany w łazience...

Kuchnia już prawie.

Pokoje i przedpokój rozgrzebane.


W ogrodzie szał liliowy.
i nie tylko lilie
Odwiedzają mnie kopciuszki
ważki
no i te nieszczęsne trzmiele...
Zdjęcie na pamiątkę i na wyrzut sumienia. Trzmiele musiałam eksterminować i to jest drugi najgorszy czyn w moim życiu. Drugi po uśpieniu Psa... Naprawdę nigdy nie zrobiłam w życiu nic gorszego... fatalnie się z tym czuję. Bałam się, że trzmiele pogryzą mamę, jak któregoś dnia niefrasobliwie podejdzie pod budkę. Kiedy ścinalam dziurawiec, co przypadkiem pod budką zakwitł, messerszmity latały i groziły, i to całkiem serio. Więc.
Bardzo żałuję.
A kurczaki wodne żyją
i rosną
Młode są dużo jaśniejsze od dorosłych
28 czerwca 293
29 czerwca 294
30 czerwca 295
1 lipca 296
2 lipca 297
3 lipca 298
4 lipca 299
5 lipca 300