spod koronki lodu i z nadzieją na przedwiośnie zapraszam tu :klik: i tu :klik:.
trochę słońca
czy łapię się na którekolwiek z błogosławieństw. Chciałabym, na przykład, posiąść ziemię, konkretnie chociaż z pięć arów ziemi :P nadającej się na ładny ekologiczny ogródek z malutkim domkiem, najlepiej przy jakimś lessowym wąwozie. Ale raczej cicha to ja nie jestem.
Myślę, że najbardziej moim błogosławieństwem jest to o pragnieniu sprawiedliwości. I obiecane nasycenie nic nie mówi o sprawiedliwości wymierzaniu. Najprawdopodobniej to będzie jakieś zupełnie inne nasycenie - może rekompensatą w postaci tych pięciu arów? :P Mogłabym się tam schować i udawać, że mnie wcale, ale to wcale nie ma. Na przykład.
Mama dziś mnie poharatała trochę rozgrzebywaniem historii z czasów, kiedy większość PT Czytających była w pieluchach lub w planach albo i jeszcze nie, a ja byłam młodsza niż chyba wszyscy spośród PT Czytających teraz. Takie haratanie zwykle odbywa się w dniach, kiedy mama wybiera się do spowiedzi. Zwykle wyciąga jakieś przedwieczne historie i może powinnam docenić, że usiłuje mnie za nie przepraszać - ale pożytku z tego żadnego, a bólu kupa. Lepiej by już było, gdyby to zostało zapomniane, wyparte, przysypane gruzem codzienności. No ale z mamą tak już jest - panie po osiemdziesiątce z czego mogłyby się spowiadać, jeśli nie z grzechów sprzed dziesiątek lat. Przecież obecnie jakież one tam grzechy mają. A czasu na wspominanie i roztrząsanie full.
Tymczasem moja codzienność jak zawsze zawiera za mało czasu i po obrobieniu wszystkich spraw gospodarczo-domowych i profesjonalno-zawodowych okazuje się, że trzeba już koniecznie wybierać się spać, bo jutro znowu rano pobudka i do wieczora zapiii. A za oknem mróz konkretny
i niech już lepiej zamarznie to cholerne serce, jak zamarzły łzy. Bo nic dobrego z tego nie będzie i tak, po co się mazać. Trzeba znowu zebrać d w troki, przygotować uśmiech numer 21 i zasuwać. Póki sił.
błotnista wiejska droga. Po prawej stronie z zawianego śniegiem rowu wyrasta rząd rosochatych wierzb. Pod nogami malownicze koleiny rozlewające się co kilka metrów w jeszcze bardziej malownicze kałuże, między nimi pas bieluteńkiego śniegu. I całe połacie nieskazitelnej śnieżnej bieli po lewej stronie. Gdzieś na horyzoncie ośnieżona chatka z oknem na cztery szybki.
Fajne? :) To popatrzcie tu:
Ta sama sceneria 50 lat później. :P
Znaczy, u nas roztopy. Podobno chwilowo, bo za dwa dni ma być znowu mróz. Jestem trochę wykończona życiem między wczorajszą radą a czwartkową kolejną radą, w międzyczasie oczywiście normalna praca, opieka nad mamą, szukanie bratu w internetach czegoś, co by chciał zamówić (przy okazji zamówiłam se herbatki z Irvinga, te IMHO najsmaczniejsze). W końcu jakaś nagroda za to zapiii chyba mi się należy.
I tak mi się strrrasznie nic nie chce, że głównie oglądam sikorki:
Złote modre sikorki. O złotej godzinie.
A w ogóle to rano zdumiało mnie bardzo, bardzo nieśmiałe pogwizdywanie mojego kosa zza kuchennej szyby.
że można mówić o niedzieli biblijnej, modlić się o docenienie Słowa, nawet powiedzieć płomienne kazanie w oparciu o dłuższą formę ewangelii - a przeczytać wersję krótką. Która do kazania ma się potem tak sobie. No ale można. Niestety, Słowo u nas ciągle ustępuje przed gadaniem.
Poza tym moje miasteczko znowu opanowały gawrony.
Jak wtedy na gawronowym polu.
Prawdopodobnie to kolejne wielkie stado na przelocie, tylko pojęcia nie mam, w którą stronę leciały. To, że w mieście kierowały się akurat na wschód, może być zupełnym przypadkiem. Ale jeśli istotnie leciały na wschód, to wiosna idzie.
Prowiant na drogę w każdym razie zabrany, kto wie, jak na tym wschodzie będzie z jedzeniem.
A wiosnę chyba zwiastuje także ta zięba
i ten paszkot
Dzięcioł raczej jest tutejszy całoroczny
a myszołów w mieście, tu ganiany przez kawkę, to raczej zjawisko zimowe.
Więc kto ich tam wie, jak to tam z tą wiosną.
Na razie herbatka żurawiowo-malinowa z Vitaxu, ostatnia. Nawet ok, ale mogłaby być mocniej żurawinowa.
W ogóle mocniejsza by mogła być, bo akurat mnie trochę w gardle drapie. Pewnie odzwierciedla to mój entuzjazm do podjęcia kolejnego tygodnia pracy, bo w perspektywie rady, zebrania, stawianie stopni, papiry, czyli to, co ogólnie rzecz biorąc nie ma sensu, a kosztuje masę czasu, energii i nerwów. Więc popijam herbatkę fervexem i idę spać.
co się dzieje z tym czasem i dlaczego od razu jest południe, a potem za chwilę wieczór i noc. Może zacznę wierzyć w śmiałe teorie spiskowe o globalnym skróceniu sekundy? :P Bo kiedyś żeby odmierzyć jedną sekundę kazali mi liczyć, szybko bo szybko: sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy - i to miała być jedna sekunda. Teraz, jak sądzę, sekunda mija przy "sto dwadzieścia". I może dlatego czasu zrobiło się trzy razy za mało.
A dziś ostatnia herbatka z Irvinga, biała śliwkowo-melonowa. Smaczna, naprawdę śliwkowo-melonowa (ok, może śliwkowo-jabłkowo-brzoskwiniowa, ale w przyjemny sposób).
Do końca stycznia została mi jeszcze jakaś jedna herbatka z Vitaxu, kilka z Teekanne i jeszcze jakieś, których dotąd nie próbowałam. Jak na razie najbardziej zauroczyły mnie herbatki z EnglishTeaShop. I to chyba będzie ostateczny wniosek z tegorocznego (i trochę zeszłorocznego) herbatkowania.