niedziela, 8 lutego 2026

ciąg dalszy zimy

 trochę słońca


trochę chmur


trochę śniegu


trochę chlapy,  nocami lekki mrozik. Pojawiły się szczygły i tu nawet dzwoniec



ale do karmnika nie przyleciały. W ogóle póki co ptaków mało i głównie bogatki.


Chwilowo głównie siedzę w domu. Do ferii jeszcze tydzień. Nie mogę się przeziębić i zachorować, bo mama nie wychodzi, bo ślisko. Więc ja nie mogę nie wychodzić. Więc ze spacerów nadal nici i czekam na wiosnę. 

Zapraszam nieustannie na nowego bloga pod nazwą wearing purple - bez obaw, po polsku jest :P. Link na górze strony pod nagłówkiem. Na tamtym blogu więcej się dzieje. 

wtorek, 3 lutego 2026

chyba zamarzłam

Czuję się zmotywowana do napisania czegoś, ok. Oto wskazania termometru z ostatnich poranków:

 

Czyli wstaję o wschodzie słońca, ale już nie przed.


Za to chodzę spać długo po zachodzie słońca. Tu miało wyjść głównie słońce poboczne, po lewej od normalnego, widać?


Pod nogami lód, w powietrzu lód.


Na ławkach - zgadnijcie - lód.



Widziałam pierwszego tej zimy gila, ale nie pozwolił się zdjąć. Więc zdjęłam gawrony.


A to jeszcze a propos lodu.



Lutniki znowu mają pąki. Może nawet będą marczykami?



2 lutego dostałam kwiatka:


i tak, zdumiałam się - i chyba to był taki mały cud. :)))


A poza tym nie wyrabiam na zakrętach życiowych, mój organizm ma wkodowane, że ferie zimowe powinny być w pierwszej połowie lutego - a tu trzeba biegać czasem i trzy razy tam i z powrotem na kilkunastostopniowym mrozie. Mam znowu całą twarz w syfach i już przestałam się z tym kłócić, prawdopodobnie będę tak mieć do śmierci, a trumnie może zapudrują. :P Na blog często zwyczajnie nie starcza czasu i sił, i uprzedzam lojalnie, że tutaj wpisy będą się pojawiać jakoś raz na tydzień, bez specjalnej regularności, z tendencją do rozrzedzania. Coraz częściej za to zamierzam pojawiać się na wearing purple i z dniem przejścia na emeryturę zamknę zupełnie ten blog - no ale go nie zniknę, bez obaw. A co mi wyjdzie z tego pojawiania się, hm, zobaczymy. 

Na razie od tygodnia mam jakieś tam zaległości, których wcale nie chce mi się nadrabiać - i niedługo będą już miesięcznymi zaległościami, a potem okaże się, że albo mam totalnie przechlapane, bo czegoś nie zrobiłam, albo nikomu w sumie nie zależy, żeby to w ogóle robić. :P No ale ta druga opcja, niestety, rzadko się wydarza...

niedziela, 1 lutego 2026

nie wiem

 czy łapię się na którekolwiek z błogosławieństw. Chciałabym, na przykład, posiąść ziemię, konkretnie chociaż z pięć arów ziemi :P nadającej się na ładny ekologiczny ogródek z malutkim domkiem, najlepiej przy jakimś lessowym wąwozie. Ale raczej cicha to ja nie jestem.

Myślę, że najbardziej moim błogosławieństwem jest to o pragnieniu sprawiedliwości. I obiecane nasycenie nic nie mówi o sprawiedliwości wymierzaniu. Najprawdopodobniej to będzie jakieś zupełnie inne nasycenie - może rekompensatą w postaci tych pięciu arów? :P Mogłabym się tam schować i udawać, że mnie wcale, ale to wcale nie ma. Na przykład.

Mama dziś mnie poharatała trochę rozgrzebywaniem historii z czasów, kiedy większość PT Czytających była w pieluchach lub w planach albo i jeszcze nie, a ja byłam młodsza niż chyba wszyscy spośród PT Czytających teraz. Takie haratanie zwykle odbywa się w dniach, kiedy mama wybiera się do spowiedzi. Zwykle wyciąga jakieś przedwieczne historie i może powinnam docenić, że usiłuje mnie za nie przepraszać - ale pożytku z tego żadnego, a bólu kupa. Lepiej by już było, gdyby to zostało zapomniane, wyparte, przysypane gruzem codzienności. No ale z mamą tak już jest - panie po osiemdziesiątce z czego mogłyby się spowiadać, jeśli nie z grzechów sprzed dziesiątek lat. Przecież obecnie jakież one tam grzechy mają. A czasu na wspominanie i roztrząsanie full.

Tymczasem moja codzienność jak zawsze zawiera za mało czasu i po obrobieniu wszystkich spraw gospodarczo-domowych i profesjonalno-zawodowych okazuje się, że trzeba już koniecznie wybierać się spać, bo jutro znowu rano pobudka i do wieczora zapiii. A za oknem mróz konkretny


i niech już lepiej zamarznie to cholerne serce, jak zamarzły łzy. Bo nic dobrego z tego nie będzie i tak, po co się mazać. Trzeba znowu zebrać d w troki, przygotować uśmiech numer 21 i zasuwać. Póki sił. 

wtorek, 27 stycznia 2026

tylko sobie wyobraźcie

 błotnista wiejska droga. Po prawej stronie z zawianego śniegiem rowu wyrasta rząd rosochatych wierzb. Pod nogami malownicze koleiny rozlewające się co kilka metrów w jeszcze bardziej malownicze kałuże, między nimi pas bieluteńkiego śniegu. I całe połacie nieskazitelnej śnieżnej bieli po lewej stronie. Gdzieś na horyzoncie ośnieżona chatka z oknem na cztery szybki. 

Fajne? :) To popatrzcie tu:


Ta sama sceneria 50 lat później. :P 

Znaczy, u nas roztopy. Podobno chwilowo, bo za dwa dni ma być znowu mróz. Jestem trochę wykończona życiem między wczorajszą radą a czwartkową kolejną radą, w międzyczasie oczywiście normalna praca, opieka nad mamą, szukanie bratu w internetach czegoś, co by chciał zamówić (przy okazji zamówiłam se herbatki z Irvinga, te IMHO najsmaczniejsze). W końcu jakaś nagroda za to zapiii chyba mi się należy. 

I tak mi się strrrasznie nic nie chce, że głównie oglądam sikorki:





Złote modre sikorki. O złotej godzinie. 

A w ogóle to rano zdumiało mnie bardzo, bardzo nieśmiałe pogwizdywanie mojego kosa zza kuchennej szyby. 

niedziela, 25 stycznia 2026

nie przestaje mnie zadziwiać

 że można mówić o niedzieli biblijnej, modlić się o docenienie Słowa, nawet powiedzieć płomienne kazanie w oparciu o dłuższą formę ewangelii - a przeczytać wersję krótką. Która do kazania ma się potem tak sobie. No ale można. Niestety, Słowo u nas ciągle ustępuje przed gadaniem. 

Poza tym moje miasteczko znowu opanowały gawrony.



Nie tylko na dachu, na wszystkich, absolutnie wszystkich okolicznych drzewach:




Jak wtedy na gawronowym polu. 

Prawdopodobnie to kolejne wielkie stado na przelocie, tylko pojęcia nie mam, w którą stronę leciały. To, że w mieście kierowały się akurat na wschód, może być zupełnym przypadkiem. Ale jeśli istotnie leciały na wschód, to wiosna idzie. 

Prowiant na drogę w każdym razie zabrany, kto wie, jak na tym wschodzie będzie z jedzeniem.


A wiosnę chyba zwiastuje także ta zięba


i ten paszkot


Dzięcioł raczej jest tutejszy całoroczny


a myszołów w mieście, tu ganiany przez kawkę, to raczej zjawisko zimowe.



Więc kto ich tam wie, jak to tam z tą wiosną.

Na razie herbatka żurawiowo-malinowa z Vitaxu, ostatnia. Nawet ok, ale mogłaby być mocniej żurawinowa. 

W ogóle mocniejsza by mogła być, bo akurat mnie trochę w gardle drapie. Pewnie odzwierciedla to mój entuzjazm do podjęcia kolejnego tygodnia pracy, bo w perspektywie rady, zebrania, stawianie stopni, papiry, czyli to, co ogólnie rzecz biorąc nie ma sensu, a kosztuje masę czasu, energii i nerwów. Więc popijam herbatkę fervexem i idę spać. 

sobota, 24 stycznia 2026

ja nie wiem

 co się dzieje z tym czasem i dlaczego od razu jest południe, a potem za chwilę wieczór i noc. Może zacznę wierzyć w śmiałe teorie spiskowe o globalnym skróceniu sekundy? :P Bo kiedyś żeby odmierzyć jedną sekundę kazali mi liczyć, szybko bo szybko: sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy - i to miała być jedna sekunda. Teraz, jak sądzę, sekunda mija przy "sto dwadzieścia". I może dlatego czasu zrobiło się trzy razy za mało.

A dziś ostatnia herbatka z Irvinga, biała śliwkowo-melonowa. Smaczna, naprawdę śliwkowo-melonowa (ok, może śliwkowo-jabłkowo-brzoskwiniowa, ale w przyjemny sposób). 


Do końca stycznia została mi jeszcze jakaś jedna herbatka z Vitaxu, kilka z Teekanne i jeszcze jakieś, których dotąd nie próbowałam. Jak na razie najbardziej zauroczyły mnie herbatki z EnglishTeaShop. I to chyba będzie ostateczny wniosek z tegorocznego (i trochę zeszłorocznego) herbatkowania.