i chyba trzeba się nią szybko cieszyć, bo zaraz się stopi.
823.
zima trzy kroki do tyłu, przedwiośnie krok do przodu, obrót, zima dwa kroki w przód, przedwiośnie trzy kroki w tył - jakoś tak. Nie wiem, co to za taniec, ale rano było na plusie, cały dzień jedna wielka topiąca się mokrość
z bardzo mokrą sroką, która ewidentnie wyganiała ze swojego rewiru inne mokre sroki
z gruchającymi sierpówkami
i gęstniejącą niemal jesienną mgłą, w której ledwie udało mi się zdjąć wielkie stado szczygłów, na pewno przelotnych - nie wiem, przyleciały z północy, czy lecą na północ?
i z czyżykami, chyba też przelotnymi, w moim karmniku (niestety, dziś nie chciały pozować do zdjęcia)
- a wieczorem temperatura nagle spadła, świat znowu zamarzł i zaczął sypać śnieg.
No i weź zgadnij, o co pogodzie chodzi i jakie ma plany.
Tymczasem w robocie znowu co drugi chory, nie wiem, co będzie z zakończeniem semestru. Znaczy jakoś się na pewno skończy, ale kto zrobi całą semestralną robotę, dwie-trzy osoby? :P W tym, oczywiście, ja... a iść jutro do pracy mi się nie chce tragicznie.
Na razie ogarniam dom mamy (walcząc z molami, co namolnie się mnożą w przeróżnych zapasach spożywczych w kuchni), ogarniam zakupy (nie wiem czemu, ale mnie naszło na modernizację zestawu toreb i torebek, kiedyś je pewnie pokażę), przygotowuję mozolnie kolejne lekcje (jutro sześć), sprawdzam prace poprawiające oceny na semestr, nie załamując już nawet specjalnie rąk nad uczniowską głupotą - i jak zwykle dzień mi się za szybko zaczyna i za szybko kończy. Jutro wrócę na 15.00, zanim ogarnę obiad, będzie ciemno. I nic mi się nie będzie chciało robić już. :P
822.
nie tylko z łebkiem pod skrzydłem.
:)))
A u nas tymczasem trochę zimy
ale i trochę wiosny... Ptaki chyba wiedzą, co będzie dalej z pogodą. Synogarlice już gruchają jak cacy
a gawrony już tokują od jakiegoś czasu - nieustannie.
Dziś rano jak szłam do pracy śpiewało tyle ptactwa, że aż się zdumiałam... czyli chyba jednak idzie już wiosna.
Poza tym praca i powolne brnięcie w kierunku końca semestru, poza tym drżenie o mamę, bo pod nogami ślisko, a ona niezmiennie zapomina, że jest zima, i wychodzi na spacer, kiedy jestem w pracy, a potem się dziwi, że ma lód pod nogami. Poza tym niezmiennie brakuje mi doby.
821.
łeb mnie boli i najchętniej zasnęłabym jak sikorka na parapecie, zwinięta w taką gustowną kuleczkę:
Nie że mi wiele do kuleczki brakuje...
Powietrze minus trzy, a na nagrzanym parapecie plus dziewięć. To przylatywały się zagrzać i pospać.
Zdjęcia robiłam zza szyby, a konkretnie zza choinki :) . To czarne to futryna.
Wracałam z pracy przez park, wszędzie pełno gilów. Ale o tym na Ważce. Później.
820.
i wreszcie dotarłam do etapu, w którym (chwilowo) zostały mi tylko tabelki :P. Dla niewtajemniczonych: nauczyciele dwa razy do roku wypełniają bzdurne tabelki, których naprawdę nikt do niczego nie potrzebuje. Wpisuje się tam na przykład zrealizowane działy w poszczególnych klasach, wykonane szkolenia, zorganizowane wycieczki, ilość ocen niedostatecznych na semestr, co się zrobiło, żeby uczeń jedynki nie dostał (najprościej: postawić po prostu dwóję :P, choćby dlatego, żeby nie wymyślać tych ciężkich bzdur...), na czym polega indywidualne podejście do ucznia z problemami, jakie problemy widzi się u ucznia z problemami i generalnie takie piii kotka w kółko co pół roku od nowa. Tabelki są potem uroczyście omawiane i odkładane ad akta, za protokołem. No ale tabelki jeszcze szczęśliwie przede mną, będę musiała przysiąść do nich jutro z nadzieją, że to już szóste od końca, a sześć to mniej niż dziesięć :P i w ogóle.
Dziś przygotowywałam wszelkie możliwe klasówki i prace na koniec semestru i błogosławiłam nową drukarkę, anioł nie drukarka, jak mówili w którejś reklamie. Poza tym skończyłam książkę, Kawo-z-m., i dojrzewam do pogłębionej recenzji. A jeszcze poza tym zmagam się z wszechsłabością mojego ciała i po raz kolejny stwierdzam, że babą się jest za karę. Nie wiem, ile będą jeszcze trwać te menopauzalne huśtawki, ale takie problemy z termoregulacją to miałam w życiu wcześniej raz, z okazji kowida. :P Łykam jakieś tabletki, ale mam zapowiedziane, że przed miesiącem regularnego łykanie nie zadziałają. Więc budzę się w nocy zlana potem, wrzucam kolejne partie ciuchów do prania, a za chwilę trzęsę się z zimna i tak w kółko. Żadnych innych objawów wirusowo-grypowych nie mam, więc chyba hormony jednak. I - naprawdę - szczęśliwe życie kobiety trwa najwyżej do dziesiątego roku życia, potem już nie ma szans, żeby było bezboleśnie, no. Kara Boska, nic więcej. Ciekawi mnie tylko, dlaczego - o ile wszystkie baby mają jak w banku tą karę z Edenu - to liczni faceci mają w d*** nakaz jakiejkolwiek pracy, a w pocie czoła najmniej. I tak baby biorą na siebie oba przekleństwa, a co. Że ja nie dam rady, tak? :P
Tymczasem śnieg pada i topnieje, zapowiedzianych śnieżyc ani burz śnieżnych nie stwierdzono, ot taka delikatna (i mokra) pierzynka:
znaczy temperatury na plusie, śnieg się topi, mokro, zimno, niemiło.
Z gości to miałam dzwońce.
Większość dnia w szkolnych papirach. Do tabelek semestralnych nawet jeszcze nie doszłam...
818.
chyba zacznę komunikować się przy pomocy obrazków :P
Naprawdę, tak mi się nic nie chce, jak rzadko kiedy...