jakim cudem widziałam dziś pięć białych czapli? :))) Poważnie zaczęłam już podejrzewać, że one wcale nie są białe, że to czaple siwe, tylko widziane pod słońce tak na biało się świecą. :P
i sroki.
jakim cudem widziałam dziś pięć białych czapli? :))) Poważnie zaczęłam już podejrzewać, że one wcale nie są białe, że to czaple siwe, tylko widziane pod słońce tak na biało się świecą. :P
nieco dwuznaczne dziś:
Jezu, _korono_ Wszystkich Świętych, zmiłuj się nad nami.
Parsknęłam śmiechem. Drugi raz parsknęłam czytając ogłoszenia parafialne, jak to zamiast wizyty kolędowej zapraszają parafian na msze w małych grupach, żeby uniknąć zakażeń, a na wtorek na 18.00 zapraszają... _całą_ moją ulicę, 13 bloków, po 37 mieszkań w każdym, na jedną mszę. 13 razy 37 razy niech cztery osoby w mieszkaniu to prawie dwa tysiące osób... Niech przyjdzie jedna czwarta, to już 500. Do tego msza ma jeszcze 3 inne intencje, bo to koncelebra. Ja dziękuję, w takich warunkach naprawdę możecie mnie nie błogosławić. Przypominam, że śmiałam się już na wiosnę, jak ogłosili, że w warunkach pandemii w naszym piętnastoarowym :P kościele może bezpiecznie przebywać setka :P.
Naprawdę wolałabym, żeby Kościół jasno się określił, na przykład że ma głęboko zalecenia sanitarne, bo wierzy w Boga. Ale wtedy konsekwentnie: komunia do paszczy, żadnej dezynfekcji, żadnych szczepionek, żadnych ograniczeń liczbowych, ale też chodzimy po chorych, pracujemy na oddziałach zakaźnych jako duszpasterze, prowadzimy normalne pogrzeby zmarłych na kowid, idziemy z sakramentami do umierających na wirusa. Wierzymy w Boga albo nie. Tymczasem żyjąc sobie we względnym bezpieczeństwie (bo na przykład do chorych lepiej nie chodzić, a w szpitalach też nas nie widzieli....) kłamiemy, że przestrzegamy ograniczeń, a mamy je głęboko. Bogiem wycieramy sobie wiadomo co, zasłaniając naszą głęboką wiarą to, że w żywe oczy bezczelnie kłamiemy. Te kłamstwa bardzo mnie denerwują i wystawiają resztki mojej miłości do Kościoła, może już popłuczyny po popłuczynach po miłości, na coraz cięższą próbę. Żałuję, że dożyłam tego czasu, wolałabym umrzeć w naiwności i w przekonaniu, że wszystko jest, jak być powinno...
wieczorem
ćwiczyłam robienie makr (w roli głównej pierwsza w tym roku prymulka w ogrodzie):
(a tu w roli głównej porosty na mirabelce:)
Ponadto kilka zdjęć w stylu creepy :) w rolach głównych gawrony:
i sójka na czterech różnych ISO :)))
auto, czyli nie wiem ile, chyba 200
1600
800
i 400
Rzadko kiedy model jest na tyle cierpliwy, żeby pozwolić nastawić odpowiednie światło :P. A korekta wszystkiego nie załatwi...
Zdjęcie pierwsze po korekcie:
zawsze to jakieś postępy w długości dnia. :P Słońca u nas było dziś tyle co ta różowawa smuga nad horyzontem.
Przyleciała mi do karmnika sikora sosnówka, ale nie udało mi się jej zdjąć, może wróci. Tu w kiepskiej jakości na modrzewiu.
Widać, że nie ma krawata na brzuszku? :)
Za to w całkiem dobrej jakości gawron.
i dwa pawie-samczyki, ale jeszcze niedojrzałe do ogonów.
Fajnie patrzeć na nie tak od pisklaka do prawdziwego pawia :))).
A nieornitologicznie: wiewióry.
Większość dnia mozolnie przebierałam pliki na starym komputerze. Z zamiarem oddania go na złom :P po wyczyszczeniu.
fajerwerków
Dzięciołów (zielonych), kosów i kowalików
Pań gil
Panów nurogęsi