sobota, 28 lutego 2026

po urlopie :P

 zaglądam do interneta i widzę, że nie tylko ja miałam urlop w tym tygodniu :P. Więc pozdrawiam tych, co właśnie - jak ja - urlop zakończyli. Zwłaszcza tych, co dużą część urlopu przesiedzieli w internetach. Chociaż zdrowiej by było, gdyby w internetach siedzieli mniej, naprawdę.

A mój feriowy urlop z przyczyn rodzinnych ograniczył się do okolic najbliższych, być może najładniejszych. :) Były spacery nad Wisłą




Wisła już rozmarzła, ale zatoczki ciągle są pod lodem, płynie jeszcze trochę kry, a przy brzegach dalej śnieg i lód.

 



A to ze śniadania. "Pobłogosław koleżance kwaszonego w filiżance." W sam raz do benedykcjonału.


 Wypad do Lbl trudny nie tylko ze względu na kwestie komunikacyjne.


I takie oto gofry.

Zakup całkiem nowego chodnika do przedpokoju


i kolejna wyprawa







i łażenie po wąwozach




i po bezludnym, w każdym razie bezturystnym Kazimierzu.


takimi ulicami:

po takim lodzie:


I ostatnia wyprawa po Wąwolnicy i okolicach












połączona z powitaniem pierwszego trznadla








zakończona w ciągle zamarzniętym Nałęczowie.










No i, niestety, za szybko trzeba wracać do codzienności. Pozaurlopowej.





niedziela, 8 lutego 2026

ciąg dalszy zimy

 trochę słońca


trochę chmur


trochę śniegu


trochę chlapy,  nocami lekki mrozik. Pojawiły się szczygły i tu nawet dzwoniec



ale do karmnika nie przyleciały. W ogóle póki co ptaków mało i głównie bogatki.


Chwilowo głównie siedzę w domu. Do ferii jeszcze tydzień. Nie mogę się przeziębić i zachorować, bo mama nie wychodzi, bo ślisko. Więc ja nie mogę nie wychodzić. Więc ze spacerów nadal nici i czekam na wiosnę. 

Zapraszam nieustannie na nowego bloga pod nazwą wearing purple - bez obaw, po polsku jest :P. Link na górze strony pod nagłówkiem. Na tamtym blogu więcej się dzieje. 

wtorek, 3 lutego 2026

chyba zamarzłam

Czuję się zmotywowana do napisania czegoś, ok. Oto wskazania termometru z ostatnich poranków:

 

Czyli wstaję o wschodzie słońca, ale już nie przed.


Za to chodzę spać długo po zachodzie słońca. Tu miało wyjść głównie słońce poboczne, po lewej od normalnego, widać?


Pod nogami lód, w powietrzu lód.


Na ławkach - zgadnijcie - lód.



Widziałam pierwszego tej zimy gila, ale nie pozwolił się zdjąć. Więc zdjęłam gawrony.


A to jeszcze a propos lodu.



Lutniki znowu mają pąki. Może nawet będą marczykami?



2 lutego dostałam kwiatka:


i tak, zdumiałam się - i chyba to był taki mały cud. :)))


A poza tym nie wyrabiam na zakrętach życiowych, mój organizm ma wkodowane, że ferie zimowe powinny być w pierwszej połowie lutego - a tu trzeba biegać czasem i trzy razy tam i z powrotem na kilkunastostopniowym mrozie. Mam znowu całą twarz w syfach i już przestałam się z tym kłócić, prawdopodobnie będę tak mieć do śmierci, a trumnie może zapudrują. :P Na blog często zwyczajnie nie starcza czasu i sił, i uprzedzam lojalnie, że tutaj wpisy będą się pojawiać jakoś raz na tydzień, bez specjalnej regularności, z tendencją do rozrzedzania. Coraz częściej za to zamierzam pojawiać się na wearing purple i z dniem przejścia na emeryturę zamknę zupełnie ten blog - no ale go nie zniknę, bez obaw. A co mi wyjdzie z tego pojawiania się, hm, zobaczymy. 

Na razie od tygodnia mam jakieś tam zaległości, których wcale nie chce mi się nadrabiać - i niedługo będą już miesięcznymi zaległościami, a potem okaże się, że albo mam totalnie przechlapane, bo czegoś nie zrobiłam, albo nikomu w sumie nie zależy, żeby to w ogóle robić. :P No ale ta druga opcja, niestety, rzadko się wydarza...

niedziela, 1 lutego 2026

nie wiem

 czy łapię się na którekolwiek z błogosławieństw. Chciałabym, na przykład, posiąść ziemię, konkretnie chociaż z pięć arów ziemi :P nadającej się na ładny ekologiczny ogródek z malutkim domkiem, najlepiej przy jakimś lessowym wąwozie. Ale raczej cicha to ja nie jestem.

Myślę, że najbardziej moim błogosławieństwem jest to o pragnieniu sprawiedliwości. I obiecane nasycenie nic nie mówi o sprawiedliwości wymierzaniu. Najprawdopodobniej to będzie jakieś zupełnie inne nasycenie - może rekompensatą w postaci tych pięciu arów? :P Mogłabym się tam schować i udawać, że mnie wcale, ale to wcale nie ma. Na przykład.

Mama dziś mnie poharatała trochę rozgrzebywaniem historii z czasów, kiedy większość PT Czytających była w pieluchach lub w planach albo i jeszcze nie, a ja byłam młodsza niż chyba wszyscy spośród PT Czytających teraz. Takie haratanie zwykle odbywa się w dniach, kiedy mama wybiera się do spowiedzi. Zwykle wyciąga jakieś przedwieczne historie i może powinnam docenić, że usiłuje mnie za nie przepraszać - ale pożytku z tego żadnego, a bólu kupa. Lepiej by już było, gdyby to zostało zapomniane, wyparte, przysypane gruzem codzienności. No ale z mamą tak już jest - panie po osiemdziesiątce z czego mogłyby się spowiadać, jeśli nie z grzechów sprzed dziesiątek lat. Przecież obecnie jakież one tam grzechy mają. A czasu na wspominanie i roztrząsanie full.

Tymczasem moja codzienność jak zawsze zawiera za mało czasu i po obrobieniu wszystkich spraw gospodarczo-domowych i profesjonalno-zawodowych okazuje się, że trzeba już koniecznie wybierać się spać, bo jutro znowu rano pobudka i do wieczora zapiii. A za oknem mróz konkretny


i niech już lepiej zamarznie to cholerne serce, jak zamarzły łzy. Bo nic dobrego z tego nie będzie i tak, po co się mazać. Trzeba znowu zebrać d w troki, przygotować uśmiech numer 21 i zasuwać. Póki sił.