środa, 20 sierpnia 2025

dawno nie było

 zdjęć z fotopułapki. To są.








Ptaki wymęczone upałem gdzieś się pochowały, nawet do wody nie przychodzą. Dałam słonecznik na wabia. Tymczasem w budce zamieszkał...


Dobrze, że nie szerszeń.

Za przykładem zaczerpniętym w skansenie, zatknęłam bukiet poświęcony w Zielną na zewnątrz domku.



A, i samolocik z papieru zrobiłam. Lata.



1300.

poniedziałek, 18 sierpnia 2025

ogród jeszcze nie jesienny

 a w ogrodzie zupełnie nieprzestraszony (mną) kos.



I wrzosy jeszcze niekwitnące.



I dynie - jedyne, co mi w tym roku naprawdę dobrze rośnie.



Nasturcje nietypowe


i typowe.


Rudbekie, kosmos,


aksamitki



pierwsze marcinki


sierpniowy czosnek - miał być szczypiorkiem, ale mi nie smakuje, więc został na kwiat.


Słoneczniki


i resztki floksów, bo większość wyschła. 


Mozolnie podlewam i chyba tylko tak tego lata zamoczę nogi.


W wodzie, a jakże, zamoczone gruntownie. :)




1298.

niedziela, 17 sierpnia 2025

w gwiazdy

 patrzę.


Nie jest to trudne w obecnych temperaturach.


Ponieważ nie dysponuję aparatem-teleskopem, musicie mi uwierzyć, że tam naprawdę są gwiazdy.


A czasem nawet i księżyc jest.



A przy okazji kilka zdjęć balkonu mojego. Nocnych






i dziennych.






Zebrałam już 5 ogórków i dwa pomidorki. 

A dziś po pokonaniu porannego bólu między innymi głowy (to cudowna możliwość: zacząć dzień jeszcze raz - wstałam, pozbierałam się, poszłam z mamą na poranną mszę, a potem poszłam spać i wstałam koło południa...) udałam się na spacer po ścierniskach. Więcej zaraz na ważce.

1297.

sobota, 16 sierpnia 2025

Wiesz, myślę, że Twoja Mama

 też kocha swojego Syna bardziej niż mnie. :P Czyli nic nowego w sumie. 

Moja prywatna mama od rana dziś była niewyspana, głodna, zmęczona, słaba i zła. :P Nie modliłam się czasem na porannej mszy, Żebyś mi Dał siłę to wytrzymać? Modliłam się. I co? I jak zawsze :P. 

Że mi się popieprzyły dni tygodnia i miałam dziś poniedziałek, to kolejna sprawa. No ale ja skretyniała idiotka i zasyfiona debilka jestem, więc może mi się i to zdarzyć. Nic nowego.

W każdym razie przeżyłam z mamą poranną mszę i nawet potem zakupy, które okazały się niewypałem, bo dziś sobota. A bomba pękła przy obiedzie. Bo większą część ranka z uwagi na dojmujący upał spędziłam szukając mamie hydromasażu do stóp. Bo jeszcze tydzień temu chciała. No i znalazłam dwa, i przy obiedzie mówię mamie, że szukałam, że znalazłam, mniej więcej za trzy stówy. Że co?- pyta już niezadowolona mama - poprzednio znalazłaś za sześć. Stów. Tak, ale teraz znalazłam za trzy. Tylko chcę brata spytać, niech zobaczy, które lepsze. 

No i tu się zaczął cyrk. Bo brata zaczepiać mi nie wolno, bo on ma urlop i pierdołami się nie będzie zajmował (a ja to nie mam urlopu, prawda?). A poza tym on na pewno zechce mamie to urządzenie kupić, a mama nie chce, żeby on pomyślał, że ja chcę, żeby on za to zapłacił i jakieś takie piętrowe konstrukcje logiczne z bratem w tle. Bo na pieniądzach świat stoi i pieniądze są w życiu najważniejsze. A w ogóle to ona już nie chce żadnego urządzenia do masażu. I jeszcze parę takich głupot wygłosiła i nie zdzierżyłam, zostawiłam obiad na stole i wyniosłam się do siebie poryczeć w spokoju. 

Każde wspomnienie, że po cokolwiek zawrócę bratu szanowny tyłek, kończy się maminą histerią. Twoja Matka też na pewno tak ma. Czemu miałaby nie mieć. W końcu Ciebie kocha. A mnie niby dlaczego by miała. 

A Ty akurat najlepiej Wiesz, że ja się nigdy na ten pieprzony świat nie prosiłam i nigdy mi na nim specjalnie nie zależało. I pojęcia nie mam, dlaczego jednym ruchem Ukarałeś i mnie, i mamę, zsyłając mnie na ten pieprzony świat.  Przecież gdyby mnie nie było, wszyscy byliby tacy szczęśliwi. Prawda?

Weź mnie zniknij. Przecież Możesz. Ja nie mogę, ale Ty Możesz. No to Weź.

1296.


piątek, 15 sierpnia 2025

bukiet na Zielną

 zbierałam od kilku dni. Częściowo po ciemku.


Nie tylko w ogrodzie (swoim i zaprzyjaźnionych :P). Przy okazji buszowania nad starorzeczem spotkałam czaplę. Do bukietu się nie nadawała, ale do zdjęcia już tak:


Do bukietu wracając:










Zapachu, wybaczcie, nie sfotografuję.



Siedzę tymczasem w domu, bo dziś ponoć najgorętszy dzień tego roku (na termometrze mam w cieniu 32 z tendencją wzrostową). Z pozytywów przynajmniej krew mi z nosa nie leci. Syfy zakleiłam liśćmi poświęconej szałwii. :P Podlewanie ogrodu mnie jeszcze czeka...

Głupstwem jest wierutnym opisywanie snów, jak nauczyłam się z "Robinsona Kruzoe" zanim zaczęłam sama czytać, ale. Śniło mi się, że ktoś (i ja wiem kto) do mnie strzelał i trafił Bogu ducha winnego przypadkowego, zupełnie nieznajomego faceta zaraz obok  mnie. Spojrzałam mu w oczy i zapytałam, czy to we mnie celował. A potem zaproponowałam, żeby jeszcze raz strzelił, jeśli chce. Nie chciał, może dlatego, że wszyscy patrzyli, zabity facet leżał obok. Chyba go zabrali, znaczy ich obu :P, ale potem dowiedziałam się z rozmowy dwóch pijaczków, że zabójca, panie, konsekwencji nie poniósł, pozamiatali wszystko. Nie wiem, może to sen proroczy :P. Tak zapisuję, niech se przeczyta, jeśli istotnie kogoś zabił, celując we mnie. Kiedykolwiek.

A na kazaniu słoneczko nasze, czyli Straszny De dwa razy powiedział, że Bóg Jest wierny obietnicom. Chociaż zwykle z dużym poślizgiem.  

Ano, zobaczymy.

1295. Odcinek sponsorował Przemysł II.