spring bucket list

spring bucket list

środa, 2 kwietnia 2025

nie chce mi się pisać

 latam od pracy do mamy, czasem zahaczając o ogród. 



Na razie posiałam. 

A mama jest tak potworną marudą, że mam ochotę na ogrodzie zostać i do domu nie wracać. Zrobiłam jej krzywdę tym remontem, jest do dupy, wanna była lepsza, w tym prysznicu to w ogóle się umyć nie można. Wyrodna córka, idiotka, kretynka, na złość jej wywaliłam tą wannę, z okrucieństwa i podłości. I wszystko jest źle, woda się leje, uchwyt na ścianie w złym miejscu, podłoga śliska, drzwi powinny przylegać do podłogi, woda powinna stać kałużą na podłodze jak w wannie, a najlepiej, żeby mama mogła się wymoczyć, ale żeby (głęboka) woda była na podłodze i się nie wylewała. :P  No cóż.  

Ze spraw niewannowych - mamie właśnie skończyła się umowa na telefon, a nowych umów bez interneta i tańszych niż 45 zł miesięcznie nie ma. Zgodziłam się zatem na pakiet - mama dalej będzie płacić 35, ja drugie 35, ale musimy wziąć internet z telefonii za 65 zł miesięcznie. Co wiąże się z montowaniem interneta w moim domu w piątek i z koniecznością wypowiedzenia umowy ze starym internetem, bo na co mi dwa. :P Tak więc z telefonu mama akurat jest zadowolona, a zawrót dupy mam ja. 

No ale przynajmniej (chyba) zadowolona jest. Chociaż wcale nie jestem pewna...

1161.

wtorek, 1 kwietnia 2025

fool's day

 czyli dzień głupa :P, jak Angole nazywają Prima Aprilis. Ja w każdym razie świętuję. Gdybym miała wypisać wszystkie głupie rzeczy, jakie ostatnio udało mi się wykonać, to hohoho. Z najciekawszych: zalałam kawę zimną wodą z filtra, zagotowawszy przedtem wodę w czajniku (to w pracy). W domu zaparzałam kawę nie wsadziwszy filtra do ekspresu. Budzik nastawiam na jakieś irracjonalne godziny, na szczęście budzę się przed budzikiem, bo nie zdążyłabym do roboty. Wchodząc pod prysznic zapominam zamknąć drzwi do kabiny i dopiero wychodząc na mokrą podłogę orientuję się, że coś jest nie tak. W ogóle mówcie mi Ajnsztajn. 

Mama usiłuje mi dorównać, ale kudy jej. Dziś płakała, że zepsuł się jej zegar, taki elektroniczny, i pokazuje niewiadomoco. Okazało się, że po prostu postawiła go do góry nogami. :P Znalazłam też (przy okazji poremontowych porządków) maminego kapcia. Był za kanapą. Okazało się, że to jeden z pary, której przywłaszczenie sobie przez kogoś z gości mama od lat podejrzewała. Gdzie jest drugi, jeszcze nie wiemy. Może gość przywłaszczył sobie jednego? :P

No i wreszcie udało mi się zabłądzić do ogrodu.






Jak widać, sprzątanie liści w toku.


Posiałam groszek.


Po miesiącu podsumowanie zadania





Widać wyraźnie, kiedy chorowałam na jelitówkę. Aktywność szczątkowa, ale kroków dużo :P, w końcu biegałam tam i z powrotem te ileś tam razy. :P


1160.

niedziela, 30 marca 2025

zaległe z zeszłego tygodnia

 

Ukwiecanie balkonu zajęło mi jak dotąd trzy wieczory, a jeszcze roboty po warkoczyki tam jest. No ale:




Te kije to gołębiochron. Dla informacji PT Obrońców Praw Uciśnionych Gołębi: one się na to nie nadziewają, one na to nie siadają - dzięki czemu kwiatki mają szansę przeżyć.

Przez zimę gołębie skutecznie wygniotły mi skalniak. Czego nie wygniotły, to wygrzebały, a czego nie wygrzebały, to wydziobały. Zostały resztki. Muszę coś wymyślić. 


Z aktualności niedzieli Laetare: Straszny De akurat odprawiał, więc, chwała Bogu, był nieszkodliwy. 

U mamy, nie bacząc na niedzielę świętą, mama rozpoczęła sprzątanie, więc chcąc czy nie, musiałam jej pomóc. Na razie widzę ogromny zbiór szkła i porcelany, który ma czekać, aż "ktoś sobie coś wybierze" i ogromny stos książek, po które "ktoś ma przyjechać i je zabrać", ale jeszcze nie wiadomo kto i kiedy. BTW idąc na spacer na ogród (sprawozdanie na ważce) poprosiłam, żeby dała mi _jedną_ książkę, którą wyniosę do bukkrosingu - namyślanie się, która książka jest wystarczająco zła, żeby nadawała się do wydania, zajęło dooobre kilka minut. Tak więc spodziewam się, że większość rzeczy i ze szkła, i z książek, powróci grzecznie na swoje miejsce jeszcze przed świętami. Albo zaraz po.

A ja - poza spacerem i poza sprzątaniem - oczywiście siedzę dziś w tej (epitet) robocie. Podrukowałam całe stosy różnych pomocy, przygotowałam lekcje, teraz czeka mnie spory ładunek prac do sprawdzenia. 

Ja poproszę emeryturę. Ja naprawdę już się wypaliłam. I jestem nauczycielem do dupy. 

1158.

sobota, 29 marca 2025

mamy to

 i gdyby nie Post, darłabym się: alleluja. 

Kabiny po złożeniu praktycznie nie ma. Nie walisz nosem w szkło, robiąc krok w głąb łazienki. Masz przed sobą 130 cm głębi.



A głąb do szyby jest na 40 cm, tyle co szerokość malutkiej umywalki.



Po rozłożeniu kabiny pojawia się duża część prysznicowa (90 na 170 cm) zaopatrzona we wszelkie wygody dla osoby nie bardzo sprawnej.




A mama już nie kłóci się o remont, tylko (chwilowo) o cenę (wszystko jest za drogie) i o sprzątanie po remoncie. 

Szkolenie przeżyłam, nie za bardzo chcę się dzielić refleksjami, jedną może: naprawdę nie mam mentalności korpo i już nie zamierzam jej mieć. Słucham tego wszystkiego i widzę, że czas już wielki się zabierać na emeryturę, że to już nie ten świat, nie te zasady. A ja naprawdę wolę plewić szczypiorek niż stosować zasady marketingu tam, gdzie wolałabym widzieć w człowieku człowieka. 

I jestem tak zmęczona tym wszystkim, a jeszcze cała pompejanka w lesie, pół brewiarza, krótsza o godzinę noc - a jutro kolejne sprawdzania prac, przygotowywania lekcji i takie tam - i błagam na wszystko: jeśli Darzysz mnie życzliwością, jeśli chociaż trochę zasłużyłam na Łaskę w Twoich oczach, Odsuń ode mnie jutro Strasznego De. 

1157. 

środa, 26 marca 2025

zafugowane

 i Pan Kafelek obiecuje, że do końca tygodnia remont w zasadzie się też skończy. Może to i prawda...

Na razie znowu mam sto światów z mamą, bo jak najpierw jęczała, że źle zrobił podłogę, bo żadnego spływu nie ma, tak teraz jęczy, że podłoga krzywa i kolory płytek nie są identyczne. No nie są, bo spływ masz i cienie są. A w pokoju podłoga ma jeden kolor - jęczy (wiecznie) niezadowolona matuś. No, bo w pokoju jest równa i spływu nie ma - i wcale nie jestem pewna, czy zrozumiała. 

Swoją drogą, może i miło pomyśleć, że nie tylko ze mnie matuś jest niezadowolona. 

Tymczasem rzygając remontem uciekłam na ogród. Przekopałam pierwsze pół grządki, sprzątnęłam trochę patyków, przesadziłam ogromną kępę oregano, które zawaliło mi pół ziołownika - i na więcej nie starczyło siły.

Aktualnie szaleją krokusy. Drugie już, bo te pierwsze zdechły od przymrozków.









Jedną z budek zainteresowała się modraszka, ale nie wiem, na ile poważnie.




A w barwinku kwitną przylaszczki.




Tak wiem, Straszny De by powiedział, że jeśli mama jest ze mnie niezadowolona, to na pewno ma przynajmniej jeden dobry powód. A bardzo prawdopodobne, że ma wiele słusznych powodów. 

A kiedyś dawno, dawno, z milion lat temu, jeden jedyny raz w życiu zbierałam dzikie przylaszczki z lasu. Były ich całe łany. To było u babci pod Chełmem, przy wschodniej granicy. Poszliśmy wtedy z Jurkiem do sosnowego lasku na skraju wsi - i wróciliśmy z bukietami przylaszczek. Myślę, że to było w zupełnie innym świecie niż ten, w którym teraz jestem. 

A krokusy kupowałam w malutkich glinianych (sic) doniczkach i dawałam wszystkim rodzinnym babciom, ciotkom i mamie na dzień kobiet. Nie pamiętam, czy brat i tata coś komukolwiek dawali, może tak? W każdym razie po przekwitnięciu te krokusy lądowały w babcinym ogródku i czasem potem jeszcze kwitły, ale nigdy nie były tak piękne jak tegoroczne moje. Pewnie ten milion lat temu były gorsze odmiany krokusów. 

I to nawet nie tak, że tęsknię do tamtego świata milion lat temu - podobnie jak nie marzę, że kiedyś tu będę miała jakiś dom z kawałkiem ogrodu. Tamten świat poza krótkimi epizodami był tak samo do niczego jak ten tutaj, a dom, ogród i może nawet miłość znajdę przed sobą, nie za sobą czy koło siebie. Przed sobą, gdzieś po Tamtej Stronie świata.

A do wytrzymania mam już tylko cztery koszmarne dni w tym tygodniu.

1154.

wtorek, 25 marca 2025

fotoreportaż

 z wiosny:



















Zdjęcia cpyknięte w biegu z pracy do domu. 

A dzień - mimo wiosenności - trudny. Od poranku, kiedy to ganiałam mamę z kluczem do mieszkania aż pod sam kościół, bo wyszła bez klucza, i spóźniłam się do roboty - przez robotę, jak zwykle niewdzięczną i nikomu niepotrzebną - przez weryfikowanie zawartości otrzymanego zamówienia z piątku i kontestację faktu, że nie przysłali jednych drzwi do kabiny prysznicowej - przez zapóźnioną robotę Pana Kafelka, co miał dziś fugować, ale fugować będzie jutro - no i po całym tym dniu błagałam tylko, żeby na parafii nie spotkać Strasznego Dziadunia. I co? I oczywiście spotkałam, i dostałam taki opierdziel, że aż mi na pysku kolejny syf wyskoczył. Czwarty. Duży. Więc obecnie mam trzy syfy duże, przyszłościowe, i jeden mały, gojący się. I pewnie do usranej śmierci będę już te syfy na pysku nosić, może w trumnie mi je łaskawie przypudrują. 

Nie wiem, jak będzie wyglądać ciało po zmartwychwstaniu, ale raczej nie liczyłabym, że się choćby wtedy syfów pozbędę - takie nieprawdopodobne mi się to wydaje. Przenikać przez ściany ok, ale morda bez syfów? Niemożliwe.

Zmęczona, rozgoryczona, z perspektywą kolejnych pięciu koszmarnie trudnych dni. Panie Boże, naprawdę jestem tu komukolwiek po cokolwiek potrzebna? A może Byś tak mnie już Posprzątał? Niech mnie już w tej trumnie przypudrują, co? I Wiesz co? Jestem absolutnie, ale to absolutnie pewna, że mszę pogrzebową odprawiłby mi nie kto inny, jak Straszny De. :P I już słyszę to kazanie, ostatnie, które by mi powiedział, oj, powiedział. :P

Zastanawiam się, ilu ludzi mniej odpornych na opieprzanie Straszny De wygonił z Kościoła - i osobiście nie chciałabym żyć z taką odpowiedzialnością na sumieniu.

Z pozytywów: gdzieś koło mnie zamieszkał rudzik. Dziś śpiewał mi na zabalkonnej jodle, ale uciekł, zanim  wydobyłam aparat. 

Więcej pozytywów nie pamiętam.

1153.