latam od pracy do mamy, czasem zahaczając o ogród.
robiąc swoje
(i na miarę możliwości ograniczając złośliwość :P)
spring bucket list
środa, 2 kwietnia 2025
nie chce mi się pisać
wtorek, 1 kwietnia 2025
fool's day
czyli dzień głupa :P, jak Angole nazywają Prima Aprilis. Ja w każdym razie świętuję. Gdybym miała wypisać wszystkie głupie rzeczy, jakie ostatnio udało mi się wykonać, to hohoho. Z najciekawszych: zalałam kawę zimną wodą z filtra, zagotowawszy przedtem wodę w czajniku (to w pracy). W domu zaparzałam kawę nie wsadziwszy filtra do ekspresu. Budzik nastawiam na jakieś irracjonalne godziny, na szczęście budzę się przed budzikiem, bo nie zdążyłabym do roboty. Wchodząc pod prysznic zapominam zamknąć drzwi do kabiny i dopiero wychodząc na mokrą podłogę orientuję się, że coś jest nie tak. W ogóle mówcie mi Ajnsztajn.
Mama usiłuje mi dorównać, ale kudy jej. Dziś płakała, że zepsuł się jej zegar, taki elektroniczny, i pokazuje niewiadomoco. Okazało się, że po prostu postawiła go do góry nogami. :P Znalazłam też (przy okazji poremontowych porządków) maminego kapcia. Był za kanapą. Okazało się, że to jeden z pary, której przywłaszczenie sobie przez kogoś z gości mama od lat podejrzewała. Gdzie jest drugi, jeszcze nie wiemy. Może gość przywłaszczył sobie jednego? :P
No i wreszcie udało mi się zabłądzić do ogrodu.
Widać wyraźnie, kiedy chorowałam na jelitówkę. Aktywność szczątkowa, ale kroków dużo :P, w końcu biegałam tam i z powrotem te ileś tam razy. :P
1160.
niedziela, 30 marca 2025
zaległe z zeszłego tygodnia
Ukwiecanie balkonu zajęło mi jak dotąd trzy wieczory, a jeszcze roboty po warkoczyki tam jest. No ale:
Te kije to gołębiochron. Dla informacji PT Obrońców Praw Uciśnionych Gołębi: one się na to nie nadziewają, one na to nie siadają - dzięki czemu kwiatki mają szansę przeżyć.
Przez zimę gołębie skutecznie wygniotły mi skalniak. Czego nie wygniotły, to wygrzebały, a czego nie wygrzebały, to wydziobały. Zostały resztki. Muszę coś wymyślić.
Z aktualności niedzieli Laetare: Straszny De akurat odprawiał, więc, chwała Bogu, był nieszkodliwy.
U mamy, nie bacząc na niedzielę świętą, mama rozpoczęła sprzątanie, więc chcąc czy nie, musiałam jej pomóc. Na razie widzę ogromny zbiór szkła i porcelany, który ma czekać, aż "ktoś sobie coś wybierze" i ogromny stos książek, po które "ktoś ma przyjechać i je zabrać", ale jeszcze nie wiadomo kto i kiedy. BTW idąc na spacer na ogród (sprawozdanie na ważce) poprosiłam, żeby dała mi _jedną_ książkę, którą wyniosę do bukkrosingu - namyślanie się, która książka jest wystarczająco zła, żeby nadawała się do wydania, zajęło dooobre kilka minut. Tak więc spodziewam się, że większość rzeczy i ze szkła, i z książek, powróci grzecznie na swoje miejsce jeszcze przed świętami. Albo zaraz po.
A ja - poza spacerem i poza sprzątaniem - oczywiście siedzę dziś w tej (epitet) robocie. Podrukowałam całe stosy różnych pomocy, przygotowałam lekcje, teraz czeka mnie spory ładunek prac do sprawdzenia.
Ja poproszę emeryturę. Ja naprawdę już się wypaliłam. I jestem nauczycielem do dupy.
1158.
sobota, 29 marca 2025
mamy to
i gdyby nie Post, darłabym się: alleluja.
Kabiny po złożeniu praktycznie nie ma. Nie walisz nosem w szkło, robiąc krok w głąb łazienki. Masz przed sobą 130 cm głębi.
A mama już nie kłóci się o remont, tylko (chwilowo) o cenę (wszystko jest za drogie) i o sprzątanie po remoncie.
Szkolenie przeżyłam, nie za bardzo chcę się dzielić refleksjami, jedną może: naprawdę nie mam mentalności korpo i już nie zamierzam jej mieć. Słucham tego wszystkiego i widzę, że czas już wielki się zabierać na emeryturę, że to już nie ten świat, nie te zasady. A ja naprawdę wolę plewić szczypiorek niż stosować zasady marketingu tam, gdzie wolałabym widzieć w człowieku człowieka.
I jestem tak zmęczona tym wszystkim, a jeszcze cała pompejanka w lesie, pół brewiarza, krótsza o godzinę noc - a jutro kolejne sprawdzania prac, przygotowywania lekcji i takie tam - i błagam na wszystko: jeśli Darzysz mnie życzliwością, jeśli chociaż trochę zasłużyłam na Łaskę w Twoich oczach, Odsuń ode mnie jutro Strasznego De.
1157.
środa, 26 marca 2025
zafugowane
i Pan Kafelek obiecuje, że do końca tygodnia remont w zasadzie się też skończy. Może to i prawda...
Na razie znowu mam sto światów z mamą, bo jak najpierw jęczała, że źle zrobił podłogę, bo żadnego spływu nie ma, tak teraz jęczy, że podłoga krzywa i kolory płytek nie są identyczne. No nie są, bo spływ masz i cienie są. A w pokoju podłoga ma jeden kolor - jęczy (wiecznie) niezadowolona matuś. No, bo w pokoju jest równa i spływu nie ma - i wcale nie jestem pewna, czy zrozumiała.
Swoją drogą, może i miło pomyśleć, że nie tylko ze mnie matuś jest niezadowolona.
Tymczasem rzygając remontem uciekłam na ogród. Przekopałam pierwsze pół grządki, sprzątnęłam trochę patyków, przesadziłam ogromną kępę oregano, które zawaliło mi pół ziołownika - i na więcej nie starczyło siły.
Aktualnie szaleją krokusy. Drugie już, bo te pierwsze zdechły od przymrozków.
Jedną z budek zainteresowała się modraszka, ale nie wiem, na ile poważnie.
A w barwinku kwitną przylaszczki.
wtorek, 25 marca 2025
fotoreportaż
z wiosny:
Zdjęcia cpyknięte w biegu z pracy do domu.
A dzień - mimo wiosenności - trudny. Od poranku, kiedy to ganiałam mamę z kluczem do mieszkania aż pod sam kościół, bo wyszła bez klucza, i spóźniłam się do roboty - przez robotę, jak zwykle niewdzięczną i nikomu niepotrzebną - przez weryfikowanie zawartości otrzymanego zamówienia z piątku i kontestację faktu, że nie przysłali jednych drzwi do kabiny prysznicowej - przez zapóźnioną robotę Pana Kafelka, co miał dziś fugować, ale fugować będzie jutro - no i po całym tym dniu błagałam tylko, żeby na parafii nie spotkać Strasznego Dziadunia. I co? I oczywiście spotkałam, i dostałam taki opierdziel, że aż mi na pysku kolejny syf wyskoczył. Czwarty. Duży. Więc obecnie mam trzy syfy duże, przyszłościowe, i jeden mały, gojący się. I pewnie do usranej śmierci będę już te syfy na pysku nosić, może w trumnie mi je łaskawie przypudrują.
Nie wiem, jak będzie wyglądać ciało po zmartwychwstaniu, ale raczej nie liczyłabym, że się choćby wtedy syfów pozbędę - takie nieprawdopodobne mi się to wydaje. Przenikać przez ściany ok, ale morda bez syfów? Niemożliwe.
Zmęczona, rozgoryczona, z perspektywą kolejnych pięciu koszmarnie trudnych dni. Panie Boże, naprawdę jestem tu komukolwiek po cokolwiek potrzebna? A może Byś tak mnie już Posprzątał? Niech mnie już w tej trumnie przypudrują, co? I Wiesz co? Jestem absolutnie, ale to absolutnie pewna, że mszę pogrzebową odprawiłby mi nie kto inny, jak Straszny De. :P I już słyszę to kazanie, ostatnie, które by mi powiedział, oj, powiedział. :P
Zastanawiam się, ilu ludzi mniej odpornych na opieprzanie Straszny De wygonił z Kościoła - i osobiście nie chciałabym żyć z taką odpowiedzialnością na sumieniu.
Z pozytywów: gdzieś koło mnie zamieszkał rudzik. Dziś śpiewał mi na zabalkonnej jodle, ale uciekł, zanim wydobyłam aparat.
Więcej pozytywów nie pamiętam.
1153.