czy łapię się na którekolwiek z błogosławieństw. Chciałabym, na przykład, posiąść ziemię, konkretnie chociaż z pięć arów ziemi :P nadającej się na ładny ekologiczny ogródek z malutkim domkiem, najlepiej przy jakimś lessowym wąwozie. Ale raczej cicha to ja nie jestem.
Myślę, że najbardziej moim błogosławieństwem jest to o pragnieniu sprawiedliwości. I obiecane nasycenie nic nie mówi o sprawiedliwości wymierzaniu. Najprawdopodobniej to będzie jakieś zupełnie inne nasycenie - może rekompensatą w postaci tych pięciu arów? :P Mogłabym się tam schować i udawać, że mnie wcale, ale to wcale nie ma. Na przykład.
Mama dziś mnie poharatała trochę rozgrzebywaniem historii z czasów, kiedy większość PT Czytających była w pieluchach lub w planach albo i jeszcze nie, a ja byłam młodsza niż chyba wszyscy spośród PT Czytających teraz. Takie haratanie zwykle odbywa się w dniach, kiedy mama wybiera się do spowiedzi. Zwykle wyciąga jakieś przedwieczne historie i może powinnam docenić, że usiłuje mnie za nie przepraszać - ale pożytku z tego żadnego, a bólu kupa. Lepiej by już było, gdyby to zostało zapomniane, wyparte, przysypane gruzem codzienności. No ale z mamą tak już jest - panie po osiemdziesiątce z czego mogłyby się spowiadać, jeśli nie z grzechów sprzed dziesiątek lat. Przecież obecnie jakież one tam grzechy mają. A czasu na wspominanie i roztrząsanie full.
Tymczasem moja codzienność jak zawsze zawiera za mało czasu i po obrobieniu wszystkich spraw gospodarczo-domowych i profesjonalno-zawodowych okazuje się, że trzeba już koniecznie wybierać się spać, bo jutro znowu rano pobudka i do wieczora zapiii. A za oknem mróz konkretny
i niech już lepiej zamarznie to cholerne serce, jak zamarzły łzy. Bo nic dobrego z tego nie będzie i tak, po co się mazać. Trzeba znowu zebrać d w troki, przygotować uśmiech numer 21 i zasuwać. Póki sił.
